23. Ojczyzna niebieska w pieśniach ludzkości.
W głębi duszy ludzkiej są naciągnięte tajemne struny. Dźwięczą one wówczas tylko, kiedy zdarzenie jakieś poruszy duszę aż do jej podstaw.
Dźwięczą one i brzmią okrzykiem radości w chwilach podniesienia ducha narodowego, weselą się w radosnej ciszy, gdy wielkie szczęście zniewala je do milczenia, skarżą się one, jak się skarży zamierająca miłość i zawiedziona nadzieja, kiedy ból głęboki nimi szarpie.
Ale najpiękniejsze pieśni, jakie na tych tajemnych strunach duszy ludzkiej rozbrzmiewają, są to pieśni tęsknoty, w których narody ziemi szukają swej ojczyzny — ojczyzny w krainie wieczności, dokąd się wstępuje przez bramę śmierci.
Jest to niewymownie podniosła pieśń, która ponad ziemią się rozlega i ulatuje na skrzydłach ku niebiosom, ku gwiazdom i dalej i wyżej jeszcze w poszukiwaniu ojczyzny dusz.
Nie ma narodu na ziemi i w całej historii ludzkości, który by nie dodał choćby jakiegoś znamiennego akordu, jakiegoś tonu, głośnego lub cichego, pełnego nadziei lub trwogi, do tej wzniosłej pieśni narodów o duszy i jej tęsknocie za ojczyzną, które nigdy umrzeć nie mogą.
Zrobimy jeszcze raz, kochany przyjacielu, pobieżny przegląd całej kuli ziemskiej, aby posłuchać, co narody ziemi powiedziały i mówią o nieśmiertelności duszy.
Rzec można, że klasyczną krainą umarłych w starożytności był Egipt. Niewiele się znajdzie w tej krainie pomników, jakie się do dziś dnia przechowały, nie owianych tchnieniem wieczności i nieśmiertelności. Uchronić ciało zmarłego od zniszczenia, czyniąc je również do pewnego stopnia nieśmiertelnym, jak dusza, budować zmarłym wiecznotrwałe grobowce — była to jedna z najgłówniejszych trosk, jaką otaczano umarłego, gdy odchodził do nowej krainy, która zdawała się być tysiąckroć razy bardziej tajemniczą, niż dalekie obszary za błękitnymi górami na południu, z których Nil wypływa. Z ukrytą bojaźnią myślał dawny Egipcjanin o rzece umarłych, jaką każda dusza przebyć musiała, aby stanąć przed sądem umarłych, który czynił Ozyrys ze srogimi sędziami podziemi, na którym Thot, Horus i Anubis serce ludzkie ważyli. Gdy było zbyt ciężkie wskutek winy, która je obarczała, — duszę wpędzano do ciała zwierząt i skazywano na istnienie zwierzęce lub puszczano z wiatrem, jako igraszkę znikomą rozszalałej burzy. A gdy serce było wolnym od winy, to dusza mogła iść do bogów, a nawet towarzyszyć Ozyrysowi w jego słonecznej podróży po firmamencie.
W krainie Asyryjczyków i Chaldejczyków nie mniej udzielano miejsca wierze w nieśmiertelność duszy. Znanym nawet było w owej krainie międzyrzecznej miejsce szczęśliwości, gdzie niepokonani nigdy bohaterowie, wielcy poeci i prorocy zażywali rozkoszy boskich na srebrnej górze, gdzie obfite źródła wód nigdy nie wysychały, a dusze błyszczały, jak tarcze ze spiżu. A obok tego istniała posępna myśl o innym królestwie umarłych, Irkallas, gdzie dusza otoczona wieczną nocą na próżno tęskni za światłem.
Hellada — błyszcząca jak słońce Hellada, wymarzyła sobie szczęśliwość, jako przedłużenie o wiele piękniejsze życia doczesnego, które dla prawdziwego greka było zawsze zanurzone w światłości świątecznej. Pindar opiewa (w zachowanym dotąd fragmencie rękopisu) niwy błogosławionych, jako łąki różane, którym wiecznie przyświeca słońce, gdzie kwitną wysokie drzewa kadzidłowe. Tam mieszkają nieśmiertelni. Tam odbywają się na ognistych rumakach gonitwy, tam grają na lirach wybrańcy, tam wrą walki o szlachetne pierwszeństwo, a cudowna woń napełnia przestrzenie rozkoszą.
A w miejscu pobytu bezbożników, którzy wzgardzili bogami i prawami boskimi: Syzyf pracuje z największym znużeniem, a Tantal ponosi męczarnie bez końca.
Wyobraźnia Etrusków, jak to wiemy ze starych obrazów etruskich, przenosiła nawet ogrody i krzewy, które człowieka za życia otaczały, do raju — przeznaczenia duszy ludzkiej.
A owe dawne wyobrażenia Etrusków podają o wiecznych torturach, jakie ponoszą dusze ludzi złych od demonów, którzy je tępymi młotami i głowniami ognia usiłują zniszczyć.
Rzymianie przedstawiali sobie swych zmarłych w królestwie „milczących, dokąd ich zabierał Orkus, bóg śmierci, ukazując się im już to w przyjaznych kształtach, już to w postaci zjawisk okropnych. Przy Lacus Awernus, błotnistym jeziorze, leżącym na drodze od Kuny do Puteoli znajdowało się ukryte w grocie skalistej główne wejście do podziemi.
Wierzono, że śmierć oczyszcza dusze ludzkie i czyni je czystymi, dobrymi, opiekuńczymi duchami („manes") lub świetlanymi duchami domowymi („lary") dla zostających przy życiu, lub też opiekunami miasta i państwa („penaty"). Ale w wierzeniach rzymian istniały też ponure i wrogie dusze, które poza grobem nie mogły znaleźć spoczynku i spokoju; były to larwy lub lemury.
Mogły one wiele złego i szkody wyrządzić, gdy się z nimi źle obchodzono. Dlatego pobożny rzymianin nie zaniedbywał nigdy składania im ofiary z grochu, ciasta, wina i wianków, uwitych z fiołków. — Później atoli hellenizm wniósł bardzo wiele nowych poglądów, a zwłaszcza w okresie zamieszania na tle religijnym w państwie rzymskim (tak zwanego synkretyzmu), do dawnej nauki rzymian o nieśmiertelności duszy.
Podług wierzeń dawnych parsów (persów) dusza po oddzieleniu od ciała udawała się na czwarty dzień po śmierci o wschodzie słońca na miejsce sądu u mostu Czynwat, który był tak wąskim jak włos. Tam Rasznu odbywał ważenie duszy. Jeśli dusza wytrzymała nieomylną próbę, to szła do świetlanego przybytku Ahura-Mazda, prowadzona przez Dohu Mano, dozorcę raju. A dusze złe, które na ziemi służyły złemu Daevas, nie mogły utrzymać się na wąskim moście i spadały w przepaść ciemności.
Całkiem osobliwa poezja tkwi w wierzeniach o nieśmiertelności duszy u dawnych Celtów.
Pieśni Osjana dały tym wierzeniom nieśmiertelność. Celtowie, wychowani na tle ponurych swych lasów, usposobieni do smętnych dociekań, uznawali wędrówkę dusz. W długich szeregach chmur, otaczających szczyty gór, we mgłach, unoszących się jesienią nad wilgotnym lasem, upatrywali oni gromady dusz; cienie obłoków wokoło księżyca, były to dusze, szukające światła ojczyzny; mniemano też, że na księżycu znajdują się niewidzialne pola śniegu i lodu, po których spokojnie i milcząco przesuwają się gromady duchów w procesji bez końca.
Germanowie nie wyobrażali sobie raju inaczej, jak lśniący złotem olbrzymi pałac, do którego prowadziło 540 bram. Tam przebywali bohaterowie, polegli w walce, podczas gdy Freja w swym pałacu Windgolf przyjmowała po śmierci szlachetne niewiasty, a najpiękniejsza dziewica bogini Gefjon — dziewice. Kto umarł „słomianą śmiercią“ na chorobę, kalectwo lub ze starości, ten musiał odbyć podróż do ponurego królestwa cieniów, zwanego Hel; w Walhalli bowiem odbywały się tylko bachanalje i turnieje wielkich rycerzy. Ale właściwym piekłem w wierzeniach germanów był Nastrand (czyli wybrzeże ciał) — sala, utworzona z kręgów gadzinowych, z dala od słońca, przez okna której padały na złoczyńców, jacy tam przebywali, krople trucizny, a ciała ich gniły pohańbione w jakimś bagnie, dokąd je wrzucano, zamiast pogrzebać wspaniale wraz z koniem i bronią.
Zróbmy krok dalej, kochany przyjacielu, od dawno ubiegłych czasów do narodów dzisiejszych. Chińczyk posiada w każdym domu ku uczczeniu swych przodków własny ołtarz, który jest uważany jako miejsce zamieszkania ich duchów, a członkowie rodziny społem posiadają swoją własną świątynię dla oddania czci religijnej swym antenatom. Zresztą, aby zrozumieć wiarę lub niewiarę w nieśmiertelność duszy u chińczyków, należy wziąć pod uwagę całkiem odrębne właściwości w stosunkach religijnych w Chinach. A mianowicie w „Królestwie smoka istnieją trzy religie jedna obok drugiej: taoizm, konfucjanizm, które powstały w VI wieku przed Chrystusem, i buddyzm, który się zjawił w I stuleciu po Chrystusie i następnie między IV i VI stuleciem ery chrześcijańskiej zdobył sobie stanowisko dominujące.
Taoizm, którego twórcą był Laotse, posiada rzeczywiście piękne i wzniosłe pojęcia o nieśmiertelności duszy. Uznaje on, jako własne, te głębokie słowa: „Tao (Bóstwo) udoskonali wszystko, co jest niedoskonałym. Będziemy prawdziwie oglądali doskonałość w światłości, gdy wejdziemy i powrócimy do niej.“ Konfucjusz, twórca konfucjanizmu, choć zdawał się nie odrzucać wiary w nieśmiertelność, chłodniej jednak względem niej się zachował. Na pytanie, jak należy czcić duchy, dał taką odpowiedź: „Czcij duchy przodków i postępuj tak, jak gdybyś miał ich ustawicznie za świadków wszystkich swych postępków, ale nie próbuj coś więcej się o nich dowiedzieć"/ Uchylał się on również od podania jakiejkolwiek wiadomości o życiu pozagrobowym, uważając, iż zanim człowiek nie pozna życia, niewiele się dowie o śmierci. — Wreszcie buddyzm przez swą naukę o wędrówce dusz nadał starochińskim wyobrażeniom o duchach przodków nowe zabarwienie. Buddyjscy bonzowie (kapłani) w Chinach wykonują ofiarę ze śpiewem, modlitwą i muzyką za dusze zmarłe, a nawet tam, gdzie w rodzinach konserwatywnych chińczyków trzymają się zwyczaju starochińskiego oddawania czci przodkom przez modlitwy, rozdawanie kwiatów i wspólne uczty, w których duchy umarłych biorą niewidzialnie udział, chętnie zapraszają na nie buddyjskiego bonzę. Na ogół jest to osobliwe zjawisko, jak wykształcony chińczyk, zwłaszcza urzędnik królewski, będąc zwolennikiem bardziej racjonalistycznego konfucjanizmu, a dla buddyjskich zabobonów mając jedynie pogardę, pewnego dnia, gdy myśl o śmierci przychodzi, potajemnie przerzuca się do buddyzmu o zabarwieniu chińskim.
Za religię starożytnej Japonii uważany jest zwykle szintoizm. Właściwie wyraża się ona jedynie w czci duchów i przodków. Można by obecnie w Japonii naliczyć więcej, niż 200.000 świątyń szintoizmu. Oddany starej wierze Japończyk, gdy pragnie się pomodlić, to udaje się do maleńkiej, ale w uroczym miejscu położonej świątyni z drzewa, myje sobie tam ręce, dzwoni w dzwon — co właściwie jest pominiętym w buddyzmie — i klaszcze potem trzykrotnie w dłonie, aby zwrócić uwagę duchów. A następnie, leżąc na ziemi lub stojąc z pochyloną głową i złożonymi rękoma, odmawia swą modlitwę do duchów, które go otaczają — I do Japonii około 550 roku po Chr. przedostał się buddyzm z Korei, a w VII i VIII stuleciu po Chr. zdobył tam sobie licznych zwolenników. Celem buddyjskiej pobożności z zabarwieniem japońskim jest głównie osiągnięcie szczęśliwszego wcielenia nieśmiertelnej duszy po śmierci. A obok tego istnieje też w Japonii sprowadzony z Chin konfucjanizm i całkiem współczesne, osobliwsze usiłowanie przeprowadzenia reformy z podkładem buddyjskim, mające na celu pogodzenie buddyzmu z wynikami wiedzy dzisiejszej. — Oprócz tego we współczesnej Japonii powstało wiele sekt religijnych, które od Chrystianizmu usiłują przejąć jego treść religijną, zwłaszcza naukę o nieśmiertelności duszy, chcąc przez to właśnie uczynić zbytecznym wszelki pozytywny Chrystianizm.
Mówić o religijnych zapatrywaniach hindusów na ogół, a zwłaszcza o nauce nieśmiertelności, jest trudno, ponieważ należy tu dokładnie rozróżniać stary i nowy kierunek, a w każdym z nich znowu pewne odcienie. Staroindyjska nauka o nieśmiertelności duszy uznawała w przeciwieństwie do późniejszych poglądów, istnienie duszy w szczęściu pozagrobowym. Ten początkowy optymizm zmienił się później w nastrój zmęczonej życiem i światem rezygnacji. Pierwotnie wierzono, że umierający wyzbywał się wszelkiej niedoskonałości i szedł do przybytku Waruna i Jama, władców w królestwie błogosławionych. Gdzie ognisty rumak (słońce) przebywa, tam świeci nieustanne światło, tam płynie wieczna woda źródlana, tam drzewa promienieją wiecznym światłem. Dwa nakrapiane psy strzegą wejścia do tego raju. — Przeciwieństwem do tego jest piekło, którego nie brak w najdawniejszych nawet czasach, kiedy wierzono, że ponure zamknięcie w więzieniu oczekuje dusze złych ludzi.
Bramanizm, który zalicza się jeszcze do czasów przed buddyjskich, całkowicie rozpłynął się w panteistycznej nauce o jedności całego bytu.
Świat jest tylko pozorem i omamieniem; uwolnić się od niego jest właściwym celem stworzenia.
W nadmiernym wyniszczaniu ciała, w cichej, usposabiającej do marzeń, samotności lasów z ich posępną okazałością kwiecia szuka mędrzec tajemnego wejścia do wiecznie czystego ducha wszechświata tak, jak rzeki zdążają do oceanu, w którym znikają. Ale dusza musi pierwej odbyć długą, długą wędrówkę w niezliczonych i coraz to nowych formach odrodzenia; — stąd widać, że dawna myśl nieśmiertelności przenika ustawicznie całą panteistyczną spekulację i mitologię.
W owym czasie między 550 i 480 rokiem przed Chr. wystąpił twórca pod wieloma względami niezmiernie ważnego buddyzmu: Budda, niegdyś syn książęcy, z dumnego rodu Sakja, potem pustelnik, szukający drogi zbawienia. Kolebką jego było małe miasteczko, Kapilavastu, u podnóża gór Nepal. Na bliższe zastanowienie się nad osobliwym biegiem żywota tego jedynego w swoim rodzaju człowieka, którego chętnie stawia się dzisiaj obok Zbawiciela Chrystianizmu, nie ma tu miejsca. Nas zajmuje przede wszystkim coraz to modniejsza, nawet i w Europie, nauka buddyjska o Nirwanie, to jest rozwianiu lub zgaśnięciu duszy, co zdaje się być ostatecznym celem całej buddyjskiej religijności. Należy tedy pewnym marzycielom Nirwany za dni naszych, którzy na swych zmęczonych czołach mają wypisaną tęsknotę za spokojem i wyzwoleniem od wszelkich wątpliwości i pytań, wskazać na to, że właściwe znaczenie tej Nirwany nie jest jeszcze dostatecznie wyświetlonym. Jedni pojmują ją całkiem nihilistycznie, jako wyraźne zaprzeczenie osobowej nieśmiertelności duszy; — inni nie chcą przystać na taki nihilizm, jako na ostateczny cel religii, i przypuszczają, że Nirwana oznacza raczej wejście do bytu błogosławionego spokoju i doskonałej wolności od namiętności i udręczeń ziemskich. Dokładne badanie starych buddyjskich tekstów pali z wyspy Cejlonu dało obecnie ciekawe wyniki, wykazując, że sam Budda uchylał się zawsze od podania wyjaśnienia co do pojęcia Nirwany.
I nie mógł nie zjawić się potężny prąd przeciw takiej religii, jak buddyjska, która na najważniejsze ze wszystkich zagadnień życiowych, na pytanie, jakim będzie ostateczny los duszy, nie daje żadnej odpowiedzi lub też daje odpowiedź nihilistyczną. Ten prąd przeciwny wystąpił wówczas, gdy bramanizm stał się znowu potężnym i przybrał charakter bardziej ludowy.
W ciągu tysiąca lat obie religie istniały wspólnie.
W Indiach zwyciężył nowy bramanizm lub hinduizm; buddyzm zaś pomimo potężnej pomocy, jakiej mu cesarz Asoka (263-230 r. przed Chr.) użyczył, został wyparty z Indii Przednich, utrzymał się jednak na Cejlonie i w Indiach Tylnych i dokonał niesłychanych podbojów w mongolskich krajach: w Tybecie, Chinach i Japonii.
Jednak dawne przekonanie o nieśmiertelności duszy wystąpiło znowu u wszystkich ludów, zawsze atoli w formie rozmyślań nad Nirwaną, jak źródło, którego nie można zatamować, ani zatrzymać. A choć w teorii Nirwana nie była jeszcze dostatecznie wyświetlona, za to w praktyce wierzono spokojnie w nieśmiertelność duszy. Indyjskie plemiona d r a w i d ó w czciły pamięć zmarłych, urządzając wspaniałe uroczystości pogrzebowe, podczas których rzucano na stos naczynia, ryż, złoto i. t. p. rzeczy lub zabijano bydlęta w tym przekonaniu, że dusza tego wszystkiego potrzebuje w wieczności. W S j a m i e znane były egzorcyzmy nad duszami zmarłych.
W Assam umarłym książętom wprowadzano w cień sklepień olbrzymich grobowców sługi, kobiety, słonie, konie i psy do polowania. W Tonkinie bogacz na stosie swych zmarłych umieszczał naczynie ze złotem; a mały garnuszek ryżu, który ofiarował ubogi swemu ukochanemu zmarłemu, jako ostatni podarunek na drogę do wiecznej krainy, jest nie mniej wzruszającym wyrazem wiary w nieśmiertelność. — W Arakan stawiano straż przy ciele zmarłego z bojaźni przed legendarnym czarnym kotem, który pozbawiał każdą duszę wiecznego spoczynku, jeśli mu się udawało przeskoczyć przez ciało zmarłego. To są zwyczaje, które wśród ludów buddyjskich dzisiaj jeszcze są tak rozpowszechnione, jak za dawnych czasów, kiedy się obawiano piekła Jamy i jego straszliwych stróżów, centkowanych psów.
I możemy powędrować do najodleglejszych zakątków ziemi, gdzie umarłych grzebano pod śniegiem, a na mogiłach składano grona purpurowych jagód jarzębiny, podobne do łez krwawych, lub tam, gdzie palmy nad grobem szumią — wszędzie dźwięczą w duszach ludzkich melodie wielkiej pieśni narodów o duszy, szukającej swej ojczyzny! A często są to wzruszające dźwięki, jakie na tajemnych strunach duszy drgają i żalą się, zwłaszcza u tak zwanych narodów pierwotnych, w których sercu prawdziwe jeszcze złoto uczucia poetycznego spoczywa.
Lapończycy dają swym umarłym do grobu krzesiwo i siekierę. Dusza bowiem musi przejść długie i ciemne lasy i utorować sobie drogę do królestwa światłości, gdzie już nie cierpi od głodu i zimna, ponieważ tam panuje wieczne, obfite w owoce lato.
F i n n o w i e wierzą, że dusze ich zmarłych stają się duchami w wodzie lub powietrzu, albo też wstępują do niebieskiego miasta wielkiego niedźwiedzia. Spodziewa się od życia pozagrobowego końca wszystkich swych cierpień ziemskich, wiedząc, że dusza w swym nowym miejscu pobytu znajdzie wiele silnych psów i w obfitości zwierząt do polowania.
Jest to coś niesłychanie zajmującego w podaniu, które zniewala niektóre plemiona Eskimosów do upatrywania w pryskających promieniach zorzy północnej tańców i zabaw dusz zmarłych, i jest coś wzruszającego w obyczaju Eskimosów, który uczy ich kłaść obok ciała zmarłego dziecka jego zabawki i psa zabitego, aby to wierne zwierzę prowadziło lękliwe nóżki dzieciny po dobrej drodze, a zabawki nie dawały przystępu żadnej bojaźni do dziecka, zanim ono nie dojdzie do szczęścia wiecznego.
U ludów Ałtaju podróżni i badacze znajdowali bardzo często na drogach rozwalone pomniki grobowe z czaszkami ludzkimi, a obok czerepy końskie z resztkami wspaniałego rynsztunku.
To umarłemu dawano bogato odzianego konia, aby on i na tamtym świecie mógł wyjeżdżać na polowanie i wojnę.
Podobnie i murzyn grzebie swych umarłych, dając im do grobu tarczę i oszczep (asagaj), muszle jako pieniądze, oliwę do namaszczania ciała i pokarmy. Indianin Ameryki Południowej opowiada o niebie, gdzie błogosławieni spoczywają w cieniu olbrzymich drzew lub też z gwiazdami się bawią tak, że wesoła wrzawa rozbawionych duchów donosi się do ziemi w postaci piorunów. Indianin Ameryki Północnej daje umarłemu broń, zapasy, piszczałki i farby do malowania na ostatnią drogę, prowadzącą do wiecznych dolin myśliwskich, jak to Szyller w swym poemacie opiewał. A z niw Wielkiego Ducha przesyła niekiedy odeszła dusza ostatnie pozdrowienie dla żyjących na ziemi, którzy się troszczą o los umarłego. A częstokroć matka Indianka po całych dniach nie odchodzi od mogiły swego zmarłego dziecka, dopóki jakiś piękny ptak lub lśniący owad nie przyniesie jej tak gorąco upragnionego pozdrowienia od drogiego zmarłego i nie oznajmi jej, że dusza dziecka znalazła przybytek, gdzie różnobarwne chrząszcze brzęczą i ptaszęta mile śpiewają.
W wierzeniach dawnych Słowian o nieśmiertelności odgrywa też pewną rolę ptaszyna.
Dusza, jak oni mniemali, ulatuje z ust umarłego, jako mały ptak, i nie znajduje dotąd spokoju, póki ciało nie zostanie spalone. Wówczas ona rozpościera skrzydła i odlatuje po drodze mlecznej, która się też „drogą ptaków“ (to jest drogą dusz) nazywa.
A u Malajczyków utrzymuje się podanie ludowe, iż smętny śpiew pewnego ptaka jest skargą duszy, która wciąż jeszcze poszukuje „wonnego raju“ duchów błogosławionych.
Takie są pełne poezji podania, wypływające z głębokiego uczucia, właściwego prostym dzieciom przyrody, mieszkańcom lasów i puszcz.
I jest to też prawdą, że w każdej piersi ludzkiej śpiewa maleńki, złoty ptak, który chętnie by odleciał ku stronie rodzinnej, śpiewa pieśń pełną pragnienia i tęsknoty za domem — jest to dusza, szukająca swej ojczyzny.
Ojczyzna! — Co w prastarych plemiennych podaniach wszystkich ludów na ziemi jest odgłosem i oddźwiękiem ojczyzny, to w Chrystianizmie stało się wzniosłym psalmem o mieście wiecznym, który całe miliony pielgrzymów ziemskich, zdążających do ojczyzny, śpiewały, śpiewają i śpiewać będą.
Tak, kochany przyjacielu, w wieczności jest ojczyzna duszy! Żadne przekonanie nie tkwi tak mocno, głęboko i gorąco w całej ludzkości, jak istnienie duszy poza grobem w niewysłowionym szczęściu lub męczarniach bez końca, stosownie do tego, na co właściwie dusza zasłużyła. Nazywać to przekonanie kłamstwem, oszukaństwem, urojeniem znaczyłoby poczytywać najczystsze, najgłębsze i najszlachetniejsze myśli ludzkości jako wyraźne obłąkanie, a to jest niedopuszczalne, niemożliwe.
Może być, że do wierzeń ludów w nieśmiertelność przedostało się wiele pyłu, który zasłonił jasny obraz, jaki one o życiu pozagrobowym sobie stworzyły. Ale treść obrazu jest prawdziwym, szczerym złotem prawdy: istnieje miejsce i stan duszy poza grobem, gdzie tkwiące w niej zawiązki dobrego i złego osiągają całkowitą swą doskonałość — doskonałość dobrego w wiecznej szczęśliwości u Boga i pełnię złego w męczarniach i potępieniu piekła, w wiecznym oddaleniu od Boga.
O stanie błogosławionych, o sposobie ich poznawania w czysto nadzmysłowej formie, brak nam obecnie wszelkich wiadomości. Gdyby ludzie jedynie tylko własnemu rozumowi byli zostawieni, to mogliby spokojnie powiedzieć, że nic o tym nie wiedzą! Ale Objawienie Boskie --- muszę, kończąc tę książkę, dać choć jeden rzut oka na łaskę Objawienia Boskiego — zawiera o tym pewną wzmiankę, podobnie jak ojciec każe się dzieciom z utęsknieniem domyślać, jakie ich czekają upominki na gwiazdkę.
„Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie wstąpiło, co przygotował Bóg tym, którzy Go miłują – Tak mówi Objawienie — a w tych słowach dźwięczy jakby daleki, cichy okrzyk radości... jakby wspaniała pieśń na złotych harfach... jakby ciche, słodkie głosy błogosławionych, którzy idą odziani światłością, w złotych koronach na skroni... a w oddali świeci jakby zorza dnia wieczności i jakby tajemniczy blask z oczu otwartych w zdumieniu nad szczęściem..., w tym tkwi przeczucie niewysłowionej szczęśliwości, jaką w bezmiarze morza wieczności napawać się będą dusze, które powróciły do ojczyzny, do domu!
Ale nie możemy, będąc ludźmi, nic już więcej powiedzieć! Język i wyobraźnia zawodzą.
Język jest obecnie jeszcze za ubogi - musi pierwej stać się psalmodią niebieską, jeśli ma godnie mówić o Bogu i niebie! A serce ludzkie jest obecnie jeszcze za małe — musi ono wprzódy rozprysnąć się w radosnym okrzyku, przepełnionym niewysłowionym, nadziemskim szczęściem — by zdolnym było strumienie wiecznego życia zawrzeć w sobie!
I czego żadne oko nigdy nie ujrzy i żadne ucho nigdy nie usłyszy, ponieważ dusza, odłączona od ciała, poznawać będzie w sposób nadzmysłowy, tego właśnie żadne jeszcze oko ludzkie nie widziało i żadne ucho nie słyszało. I dlatego ludzie mówią: brak nam w tym względzie wszelkiego doświadczenia!
Z pewnością tak, mój przyjacielu: brak nam doświadczenia, ale nie radosnej pewności!
Bądź i pozostań tego pewnym, kochany przyjacielu, że świat ma swą ostateczną podstawę bytu, ponieważ istnieje Bóg - a życie ludzkie ma swój ostateczny cel, ponieważ i s t n i e j e ż y c i e
p r z y s z ł e dla duszy nieśmiertelnej!
A teraz, kochany przyjacielu, pozwól, że cię pożegnam ostatnim słowem:
Nie zapominaj o Bogu - i miej pieczę o własnej duszy!
Zredagowała i uwspółcześniła mgr Ewelina Mazur
A.D. 2022
Polska
Cezaremu od Mamy