14. Znaki Boże w ostatnich składowych częściach świata: w materii i sile.
Prosty i codzienny pogląd nie „uczonego", przeciętnego człowieka w tym się wyraża, że świat lub przynajmniej jego treść fizyczna zawiera ostatecznie „materię i siłę. Jeśli zaś zwykłemu, nie „uczonemu" człowiekowi zadasz pytanie, co właściwie jest materią i siłą, to w odpowiedzi otrzymasz z pewnością zupełne milczenie. Jeśli to pytanie zadasz uczonemu, filozofowi lub przyrodnikowi, to usłyszysz, nie powiem, żeby ostateczną, definitywną odpowiedź, ale poweźmiesz szybko przekonanie, że poza pojęciami „materia" i „siła“ kryją się prawdziwe głębie pytań i zagadek! A to przekonanie, do którego następujące rozważania mają cię doprowadzić, ma to w sobie dobrego, że wskazuje ci, iż materii i siły nie można rozpatrywać pobieżnie i dorywczo niemal jak kamienie i wiązania jakiegoś budynku, z których można z łatwością zbudować cały wielki świat; ten ostatni bowiem jest czymś o wiele trudniejszym i bardziej skomplikowanym, niż to wielu budowniczym świata z ich bujną wyobraźnią wydać się może.
Już w dawnych czasach powstała w człowieku chęć zbadania, czy wielość rzeczy nie wypływa ostatecznie z jednej tylko, jednolitej pierwotnej materii. W starożytności Tales z Miletu głosił, że woda jest tą pierwotną materią wszystkiego, co istnieje. Może niejednemu młodzieńcowi uśmiech osiada na wargach, gdy usłyszy po raz pierwszy to zdanie jonijskiego filozofa, ponieważ nie zdaje się, żeby świat wypływał z potoków wodnych lub też miał się w nich rozpłynąć. Ale poza tym dziwacznym na pozór pojęciem kryje się istotny rys umysłu ludzkiego, mianowicie potrzeba i skłonność pojmowania różnobarwnej gry rzeczy jako jedności.
Jeśli zaś o materii rozprawiamy, jest to coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo namacalnym, chciałoby się też rzec, i masywnym, co jednak po dokładniejszym rozważeniu staje się tylko pojęciem. Istnieje w rzeczy samej wszędzie „materia“, właśnie tak, jak istnieje na przykład „owoc" / Ale podobnie jak owoc, istnieje tylko w całkiem konkretnej formie jabłka, gruszki, śliwki i. t. p., tak też istnieje „materia“ tylko w całkiem konkretnej formie ciał stałych, płynnych i lotnych, minerałów, roślin, zwierząt, potoków, gazów i pary, jakie spostrzegamy.
Zachodzi tedy pytanie, czy podstawą tej „materii“ nie są pierwotne składowe części, które ostatecznie w określonym stosunku rozmieszczenia i wagi stanowią całe ciała, jest to właśnie pytanie, na które starożytny Tales odpowiedział, przyjmując wodę jako materię pierwotną wszystkich rzeczy.
I mędrzec z Miletu byłby z pewnością do najwyższego stopnia zdumiony, gdyby mógł przewidzieć odpowiedź, jaką XIX. wiek na podobne pytanie o pierwotnej materii wszystkich rzeczy podał.
Mianowicie w roku 1815 anglik, Prout, zrobił odkrycie, że ciężar atomowy rozmaitych pierwiastków jest iloczynem ciężaru atomowego wodoru. Z początku zwalczano jego odkrycie, ale niezrównane pod względem ścisłości określenia ciężaru atomowego, dane przez chemika Stasa, powyższe odkrycie do pewnego stopnia potwierdziły.
Tales, zdawało się, miał więc słuszność, przyjmując wodę jako pierwotną materię wszystkich rzeczy. Ale dość jeszcze prymitywne pojęcia jego zostały w ten sposób wysubtelnione, że od czasu Prouta i Stasa atomy wodoru uważano jako ostatnie składowe części wszystkich rzeczy, a rzeczy same jako zgrupowanie atomów wodoru w rozmaitym stosunku ilościowym.
Jednak, jak powiedzieliśmy, twierdzenia Prouta zostały potwierdzone tylko do pewnego stopnia. Mianowicie Stas odkrył, że ciężar atomowy pierwiastków jest tylko w przybliżeniu iloczynem ciężaru atomowego wodoru. I gdy Prout przypuszczał, że woda jest może pierwotną materią wszystkich rzeczy, Stas sądził, że pierwotna materia jest nam chwilowo nieznana; wchodzi ona jednak z atomami wodoru w najprostsze połączenia, które następnie w rozmaitych pierwiastkach stają się coraz to bardziej skomplikowane, zawsze jednak zbliżają się one do iloczynu atomów wodoru, a są one iloczynem nieznanych jeszcze atomów pierwotnej materii.
A więc Prout i jego poprzednik Tales zostali poprawieni. Wiedza nie jest wolna od podobnych poprawek, i pouczają one, że wiele jest problematów daleko głębszych, niż sięga głowienie się wielu „popularnych filozofów"/ Zagadnienie o pierwotnej materii znowu nasunęło się.
Jest faktem stwierdzonym, że żaden związek atomowy nie może się oprzeć działaniu wielkiego gorąca i rozpada się na części składowe.
Gdybyśmy mogli w naszych laboratoriach otrzymać dostatecznie wysoki stopień ciepła, to byłoby możliwym rozłożyć ciała na ich pierwotne składowe części i udałoby się może w ten sposób odnaleźć pramaterię wszechrzeczy. Ale najwyższe gorąco, sięgające 2.000 stopni, jakie możemy otrzymać, nie wystarcza na to.
Gdybyśmy jednak mogli urządzić laboratorium na słońcu! Tam mielibyśmy do swego rozporządzenia co najmniej 100.000 stopni gorąca; Słońce jest przecież olbrzymim laboratorium o niesłychanych rozmiarach.
Duch ludzki wznosi się wysoko i sięga głębin. Nie mogąc dostać się na Słońce, człowiek posiada przynajmniej genialny środek sprowadzenia laboratorium słonecznego na ziemię, a mianowicie analizę spektralną.
Jeśli światło słoneczne przepuścić przez pryzmat, to, jak wiadomo, promień słońca rozszczepia się w widmo, czyli szeroki pas świetlany o siedmiu tęczowych kolorach. Pochodzi to stąd, że rozmaite fale świetlane, które tworzą mieszane światło (nazywamy je zwykle „białym"), posiadają rozmaitą szybkość i łamliwość; fale czerwonego światła są najkrótsze, fioletowego — najdłuższe. Tym sposobem można badać światło słoneczne. Jeśli zaś światło, idące od rozpalonego gazu przepuścić przez pryzmat, to nie powstaje, jak przy świetle słonecznym, pas o siedmiu zależnych od siebie i zlewających się jeden z drugim tęczowych kolorach, lecz występują jedynie pojedyncze, ściśle odgraniczone, świecące linie, rozdzielone bezbarwną, a więc ciemną przestrzenią.
Stosownie do rodzaju gazu lub pary, linie w widmie (pasie świetlanym) są też rozmaite.
Z pomocą analizy spektralnej można udowodnić, że wodór znany nam, mieszkańcom Ziemi, znajduje się w wielkiej ilości na powierzchni rozpalonych jeszcze do białego gwiazd nieruchomych. Ponieważ nawet olbrzymi stopień gorąca tych ciał niebieskich nie może już rozłożyć wodoru, jest to dowód, że woda jest prawie prostą, a więc bardzo mało złożoną materią.
A to, że ona jednak nie jest zupełnie prostą, wykazuje znowu analiza spektralna. Mianowicie widmo od rozpalonego wodoru wykazuje ustawicznie jeszcze cztery linie spektralne, co znaczy, że z wodorem złączone są wciąż jeszcze fale świetlane o poczwórnej, rozmaitej szybkości. Atom wodoru pozostaje przeto ciągle jeszcze złożonym. Atomy wodoru nie są więc prostymi i jednorodnymi praatomami.
I gdy na początku XIX. stulecia zdawało się, że nie ma nadziei dla nauki na rozwiązanie problematu materii, to koniec XIX. wieku przyniósł cały szereg niespodziewanych odkryć, które wskazywały nowe drogi do rozwiązania dawnej zagadki.
Naprzód Röntgen odkrył słynne, jego imieniem nazwane, promienie. Profanom są one znane przede wszystkim z tego, że przenikają ciała, które żadnego innego światła nie przepuszczają, a więc ciała nieprzejrzyste; następnie, że one przy wyjściu z ciała mogą jeszcze oddziaływać na płytę fotograficzną; i że wreszcie, jeśli części ciała lub objętości, jakie one przeniknęły, mają różną przepuszczalność, to na płycie fotograficznej powstają kontury tych części lub objętości.
Niemieccy fizycy Goldstein i Lenard odkryli, że „promienie Röntgena“ nie są falami elektrycznymi za jakie je z początku uważano, lecz prądem najdrobniejszych cząstek materii, naładowanych elektrycznością ujemną, a powietrze, jakie one przechodzą, jako też ciała, z którymi się stykają, ładują elektrycznością ujemną.
Nie było już rzeczą trudną odnaleźć również cząstki elektryczności dodatniej, jakie się od ciał odrywają. Tym nieskończenie dobrym cząsteczkom materii nadano imię „elektronów". Ale jak się to dzieje, że one odrywają się od materii i poszczególnych ciał, pozostawało jeszcze rzeczą niewyświetloną.
Wtedy Becquerel, francuz, odkrył, że uran, zbliżony do żelaza i bardzo rzadki metal, w swych połączeniach chemicznych posiada zdolność wysyłania niewidzialnych promieni, które wydzielają w powietrzu elektryczność i oddziałują na płytę fotograficzną. Następnie Curie-Skłodowska, polka, odłączyła od uranu nowy pierwiastek — rad, który wymienione właściwości uranu posiada w wyższym stopniu.
Angielski fizyk, Rutherford, poświęcił się badaniom radu i zdobył sobie w tym wielkie zasługi. Odkrył on, że z radu wydzielają się ustawicznie małe cząsteczki elektryczne, które przy zetknięciu z ekranem, pokrytym fluoresceiną, wywołują zjawiska świetlane i wydzielają wokoło elektryczność. Większość tych elektronów posiada elektryczność dodatnią, mniejszość — ujemną. Ta mniejszość zdaje się bardzo zbliżać do promieni Röntgena, gdyż może przeniknąć ciała nieprzejrzyste; Z radu zaś wydziela się nadto ustawicznie pewna substancja lotna, która ze swej strony znów wydziela dodatnie i ujemne elektrony. Takie zupełnie jednorodne zjawiska spostrzeżono też w innych metalach, np. nadzwyczaj rzadkich metalach polonie i aktynie.
Te wszystkie ciała noszą nazwę „substancji radioaktywnych." W obecnej chwili nauka wie o 23 radioaktywnych pierwiastkach i liczba ich zdaje się ciągle wzrastać. Wszelako dziewiętnaście lub dwadzieścia z tych substancji radioaktywnych nie można bliżej określić. Istnieją bowiem w tak małych dozach, że uniemożliwiają wszelkie badania ich ciężaru, a swe istnienie zdradzają jedynie wydzielaniem promieni. I stosownie do różnych cech owych promieni należy uznać istnienie rozmaitych radioaktywnych substancji. I jest rzeczą prawdopodobną, że najświeższe odkrycia przyniosą nam ogólny podział atomów.
Na wymienionych powyżej faktach oparła nauka swe niesłychanej doniosłości wnioski. Ponieważ substancje radioaktywne ustawicznie wydzielają z siebie cząstki, to ich trwanie musi być z konieczności ograniczone, choćby się ono miało na dłuższy czas rozciągnąć. W ostatnich czasach powstało przypuszczenie, że wszystkie na ogół ciała są podległe temu procesowi rozkładu — i to przypuszczenie otwiera wzrok na bezmierne horyzonty.
Elektrony, jak głosi nauka, są to pierwotne składowe części rzeczy. Przedtem przypuszczano, że są nimi atomy, np. atomy wodoru lub jakiegoś innego bliżej nam nieznanego ciała. Ale w rzeczywistości każdy atom składa się również z setek może elektronów. Masa jednego elektronu oblicza się na 3/100 kwadryliona jednego grama.
Z tych elektronów składają się atomy, molekuły, ciała, rzeczy, wielość i różnorodność rzeczy na świecie. Czy i te elektrony znowu przez jakiegoś badacza zostaną podzielone, tego w obecnej chwili nie można twierdzić, ani zaprzeczać. Chwilowo elektrony są pojęciem granicznym naszego ludzkiego poznania o istocie materii; czy zaś duch ludzki posunie jeszcze dalej wiechy wytyczne swych wiadomości w dziedzinie tajemnic pierwotnych, tego nikt odgadnąć nie może.
2.
Trudności, jakie nastręczyło rozwiązanie problematu materii, powtarzają się i potęgują, jeśli się zastanowić nad problematem siły.
Materia i siła, jak się mówi, tworzą świat. Wszelako gdy kwestia o istocie materii lub pierwotnej materii daje wiele do myślenia, a może więcej jeszcze każe się domyślać i przypuszczać, kwestia o istocie, działalności i jedności wszystkich sił przedstawia tę jedną już więcej trudność, że siły pozbawione są całkowicie namacalności, jaką posiada materia.
Co poznajemy przede wszystkim w naturze, to nie jest „siła“, lecz wielka rozmaitość sił. Ale dążenie ducha ludzkiego do jednolitego wyjaśnienia świata popchnęło człowieka do szukania i tutaj jedności w rozmaitości.
Że nacisk, uderzenie i siła mechaniczna nie są ostatecznie niczym innym, jak różnymi formami ruchu, to było łatwym do zrozumienia i eksperymentalnego doświadczenia.
O zjawiskach dźwiękowych już od najdawniejszych czasów myślano, że ostatnią ich przyczyną są zjawiska ruchowe. Już Porfiriusz mówił, że szybkość jest przyczyną wysokich dźwięków, powolność —niskich. Dowodów słuszności tego twierdzenia dostarczyli Galileusz, Kartezjusz, Newton i Leibnitz.
W zjawiskach świetlnych starożytni myśliciele domyślali się również objawów ruchowych.
W późniejszych czasach światło uważano za materię, która wydziela się z ciał świecących. Huyghens w roku 1690 pierwszy postawił tak zwaną teorię falową, wyjaśniając, że światło polega na wibracji bardzo subtelnego i ruchliwego eteru świetlnego, rozsianego wszędzie w przestrzeni.
Na początku XIX. stulecia Joung rozwinął dalej tę teorię, którą następnie wydoskonalili Fresnel, Stellmeyer i Helmholtz. A więc i światło polega na zjawiskach ruchu.
J. R. Mayer i Helmholtz w nowszych czasach ustalili wewnętrzny związek ciepła i ruchu.
Mianowicie odkryli oni, że ciepło powstaje wskutek nadzwyczaj szybkich i równocześnie bardzo krótkich drgań, jakie zachodzą w molekułach rozgrzanych i rozpalonych ciał. A więc ciepło jest ruchem molekularnym.
Pokrewieństwo magnetyzmu i elektryczności zostało stwierdzone przez Ampera w r. 1822.
Pouczał on ludzkość, że wszystkie zjawiska magnetyczne są wynikiem wirowych prądów elektryczności, jakie otaczają molekuły ciał magnetycznych. Wówczas jeszcze samą elektryczność uważano za fluid, t. j. pewien płyn. Trwało to do roku 1892, póki genialny, ale niestety przedwcześnie zgasły Henryk Hertz nie dostarczył dowodów, opartych na doświadczeniu, stwierdzających tożsamość elektryczności i światła, i tym sposobem potwierdził przypuszczenia Örsteda, poglądy Faraday’a i trafne obliczenia Maxwella.
Na pytanie przeto, czym są poznane przez nas siły przyrody, można dać odpowiedź, iż są one wyrazem jednolitej siły, która tkwi w podstawie rozmaitych zjawisk.
Ale pytanie, czym jest sama ta siła, nie jest jeszcze przez to ani na włos bliższe rozwiązania.
Powiedziano wprawdzie krótko i węzłowato, że siła jest ruchem. Ale to nie wystarcza. Siła jest raczej przyczyną powstania, miarą i rodzajem ruchu, ale czym jest ona, stanowi to ogromną zagadkę, nad rozwiązaniem której największe umysły pracowały na próżno!
I jakby z widocznym przygnębieniem z powodu bezużyteczności tych wysiłków, odrzucono w ogóle całkowicie pojęcie siły. Wyśmiano siłę i ogłoszono, że ona w ogóle nie istnieje. Nazwano ją wymysłem ducha ludzkiego, który wszędzie upatruje tajemnicze, magiczne istoty, gdzie mglisty zmierzch jego własnej niemocy zakrywa przed nim jasne poznanie rzeczy i ich przyczyn —wymysłem, który niewiele jest lepszym od bajki dziecinnej o czarownicy, wytrząsającej pierze ze swego łoża, o jakiej malcy rozprawiają, ponieważ nie wiedzą, dlaczego właściwie tego lub owego chłodnego dnia późną jesienią śnieg po raz pierwszy padać zaczyna.
Nie ma w ogóle żadnej siły — twierdzą; istnieją tylko stany i zjawiska równowagi i ruchu.
Ale zadaję pytanie, co będzie większą tajemnicą i zagadką lub, wyrażając się lepiej, pogrążeniem w ciemności, czy uważanie siły jako przyczyny i miary wszystkich stanów równowagi i ruchu — czy też przypuszczenie, że wszystkie, mówiąc obrazowo, olbrzymie i miniaturowe koła w całym świecie przystają tak dokładnie i ściśle do siebie, że nie potrzeba, aby je coś popychało i poruszało, choćby to było i pozostało nie wiem jak tajemniczym i nieznanym światu.
Z pojęciem siły łączą się jeszcze ściślej kwestie zagadkowe, np. słynna kwestia o działaniu siły w próżnej przestrzeni i bez pośrednictwa. Ale jedna nierozstrzygnięta i może nierozwiązalna kwestia o istocie siły może wystarczyć, aby utarte frazesy o sile i materii, jako wyjaśniające wszystkie podstawy wszechświata odrzucić. Choć bardzo często one są używane przez ludzi, którym się zdaje, iż dosięgli szczytu wszelkiego myślenia i przyszli do wrót poznania, to jednak oni ani razu może w ciągu życia nie doszli do świadomości, że klucz do królestwa prawdy jeszcze nigdy nie był znaleziony przez tych, co są zawsze pewni siebie, i że tacy ani razu jeszcze nie stanęli u źródeł poważnego myślenia.
3.
Dotąd pozwoliliśmy przemawiać naukom przyrodniczym; w rzeczy samej mają one pierwsze słowo w tych kwestiach, które rozważaliśmy.
Ale nie mają one ostatecznego i decydującego słowa; ma je światopogląd filozoficzny, a on domaga się jasnej i określonej odpowiedzi na niektóre drobne pytania — lub jeśli chcesz — na niektóre aż do rozpaczy wielkie pytania.
Nauki przyrodnicze wskazują, że do czasu należy uważać elektrony za ostatnie składowe części ciał i świata.
Czym są te elektrony? Skąd one są?
Nauki przyrodnicze nie dają na to żadnej odpowiedzi! A nawet gdyby im udało się rozłożyć je jeszcze dalej lub wyjaśnić jakąś przyczyną natury mechanicznej, to powstają znowu pytania, czym są one? i skąd?
Nauki przyrodnicze wskazują, że siły przyrody są ostatecznie różnymi formami jednej jednolitej siły, która się ujawnia w zjawiskach mechanicznych przyciągania i odpychania. Ale co jest istotą siły? Skąd pochodzi ona? Skąd pochodzi rozmaitość sił; jak się staje, że ta sama „podstawowa siła“ w rozmaity sposób się objawia?
Nauki przyrodnicze wskazują na rozmaitość sił przyciągania i odpychania, która się przedstawia jako dodatnia i ujemna elektryczność elektronów. Skąd pochodzi ta rozmaitość?
Filozoficzne badanie świata wymaga koniecznie odpowiedzi na te pytania. A ono uznaje na ogół nauki przyrodnicze za niezdolne do dania kiedykolwiek odpowiedzi na podobne pytania;
mianowicie z tego powodu, że nauki przyrodnicze nie wychodzą na ogół nigdy poza różnicę siły i materii i wskutek tego nigdy też nie potrafią dać całkowicie jednolitego światopoglądu.
Filozofowie zaś usiłowali dać taki jednolity światopogląd, usuwając, jak np. B. Hertz i Mach, pojęcie siły całkowicie, i przyjmowali jedynie stany mechaniczne ostatecznych i najmniejszych składowych części materii. A jednak trzeba powiedzieć: niech sobie siła w swej wewnętrznej istocie będzie jaką chce; ale jeśli ona nie istnieje, to materia jest skazana na wieczną bezwładność, skostniałość, nieruchomość i bezsilność, i z niej nigdy nie powstanie świat. Inni filozofowie próbowali pojęcie materii całkowicie usunąć, w przypuszczeniu — jak to np. Ostwald czyni, że wszystko jest tylko siłą lub energią i niczym innym, jak energią! To znaczy, innymi słowy, że to, co dla naszego poznania przedstawia się jako materia i siła, jest w rzeczywistości dwiema formami jednej nieznanej energii. Jednak staje tutaj fatalne słowo „nieznanej" i zjawia się natychmiast znowu pytanie, jak się to dzieje, że ta zagadkowa energia w tak różny sposób ujawnia się?
Wreszcie filozofowie ogłosili, że rozwiązanie tej całej kwestii tkwi w wieczności i nieskończoności materii. Ale to nie jest rozwiązanie kwestii, lecz przedłużanie jej na wieczność i nieskończoność.
Słowem — jest to milczące przyznanie się do tego, co sumienni badacze już dość często i dość wyraźnie wypowiedzieli:
„Nic nie wiemy i wiedzieć nie będziemy." Co serca Fausta omal, że nie spaliło?...
4.
Zresztą, mój przyjacielu, to samo pytanie staje przed nami, ludźmi wierzącymi w Boga: co my wiemy? Czy my coś wiemy?
W pewnych rzeczach — nic! Nie wiemy, co jest materia i co elektrony. Nie wiemy też, czym jest ostatecznie siła. Nie wiemy również, czy materia i siła nie dają się sprowadzić do pojęcia jednolitej energii.
Ale my wiemy coś, czego ani przyrodnicy, ani filozofowie z obozu niewiary nie chcą wiedzieć. A mianowicie my wiemy, że z atomów lub elektronów, lub Bóg wie z jakichś X pierwiastków, ze zjawisk mechanicznych j e d y n i e niepodobna nigdy wytłumaczyć sobie świata, jakim on jest obecnie.
Jest to stary i może nieco przeżyty, ale jak łopatą kładący do głowy przykład, jaki się zwykle przytacza, aby słuszność powyższego zdania wyjaśnić:
Książka według swej treści składa się przede wszystkim z kilku tysięcy kombinacji (czyli słów), o 26 elementach (czyli literach), które umiejętnością sztuki drukarskiej są poskładane.
Nie będzie przecież żaden zdrowy na umyśle człowiek twierdził na serio, że za pomocą tych pierwiastków i sił jedynie wyjaśnia się w zupełności powstanie i treść książki. Owszem każdy rozsądny człowiek zgodzi się na to, że poza układem liter w słowa bogate treścią, a słów w rozumne zdania, zdań w rozumne rozdziały, rozdziałów w bogatą całość, stoi inteligencja.
W zastosowaniu do świata oznacza to, że z kombinacji elektronów w kształty cielesne i z gry sił jedynie niepodobna w zupełności wytłumaczyć, jak powstał i co zawiera świat. Poza układem materii i siły muszą stać rozum i potęga, które wszystko obejmują, ponieważ we wszystkich istotach rozumnych tkwi myśl, która nie mogła powstać z nieładu prostych, zwykłych atomów i elektronów. Poeta O. Liebmann bardzo trafnie zapytuje, czy świat jest rozumny, czy bezsensowny, mówiąc: „Tumany kurzu w przyrodzie? Wir piasku?
Para? Bezkształtna mgła?..."
Nie, tutaj brak „kogoś", a kim jest ten „ktoś", tego nie mam potrzeby ci wymieniać.
5.
Przechodzimy teraz do ostatniego pytania:
"Skąd pochodzą materia i siła?
Chciałbym to pytanie nazwać pytaniem wszystkich pytań; jest to bowiem pytanie, skąd pochodzą wszystkie rzeczy na świecie, jeśli one jedynie i wyłącznie mają się składać z materii i siły!
Skąd pochodzą materia i siła?
Niewiara przemilcza zawzięcie to pytanie lub głosi, że materia i siła istnieją od wieków.
Atoli słowo „wieczność" jest opisaniem, a nie podaniem przyczyny istnienia materii i siły. A ja chciałbym się dowiedzieć nie od kiedy materia i siła swój byt mają, lecz skąd one go mają?
Ostatecznie niewiara nie umie nic innego powiedzieć prócz tego, że materia i siła są po prostu danymi faktami.
Ale ja powtarzam, że nie pragnę wiedzieć, czym są materia i siła, lecz skąd one są!
Wiesz dobrze, mój przyjacielu, że fakt jest wówczas dopiero wyjaśniony, jeśli jest podany jako rezultat działalności, jako czyn Stwórcy pełnego potęgi i mądrości.
I dlatego mówimy: materia i siła są skutkiem potęgi i mądrości twórczej. Kto inaczej mówi, ten wypowiada zamiast pojęć wyjaśniających dźwięczne, ale próżne słowa — "słowa wiatrem podszyte" — powiedziałbym za Szekspirem.