13. Próba zaprzeczenia znaków Bożych w urządzeniu świata, czyli tak zwana teoria o pochodzeniu gatunków («Darwinizm«).
Wykład i krytyka.
1. Wykład systemu.
Jest rzeczą niemożliwą wyjaśnić cały rozwój świata bez Stwórcy, którego Wszechwiedza nakreśla cel, a Wszechmoc go wykonuje.
Niewiara stawiała od dawna i często tę kwestię; istnieje próba, na pierwszy rzut oka wspaniała, która w tej kwestii daje odpowiedź twierdzącą. Jest nią tak zwana teoria o pochodzeniu gatunków, zwana zwykle (aczkolwiek nie całkiem odpowiednio, od imienia angielskiego przyrodnika Karola Darwina, „darwinizmem."
Nie tu jednak miejsce na obszerne omawianie słuszności lub wadliwości określeń. Możemy się zadowolić poznaniem głównych rysów tego systemu, jaki Goethe i Geoffroy St. Hilaire zainicjowali, a Karol Darwin w dwóch najważniejszych swych dziełach z roku 1859 i 1871 uzasadniał. System ten, rozwinięty dalej przez Ernesta Haeckla, posiada wśród uczonych przyrodników doby obecnej wielu przeciwników, jako też i wielu zwolenników, dzięki niezliczonym popularno-naukowym wykładom, w szerokich warstwach niedouków, ludzi wątpiących i tak zwanych ludzi wyzwolonych, o mniej lub więcej niejasnych, płytkich i bałamutnych pojęciach i poglądach.
Podstawową myślą całego systemu jest następujące twierdzenie: istoty żyjące, zamieszkujące dzisiaj Ziemię, są wszystkie między sobą mniej lub więcej spokrewnione i pochodzą od jednej lub kilku praform żyjących. Z tych form pierwotnych rozwinęły się wszystkie gatunki pod wpływem sił czysto naturalnych. Nie ma zatem konieczności uznawać istnienia pozaświatowej inteligencji, która wszystkiemu nadaje cel i kierunek, ponieważ czysto przyrodzone siły wystarczają w zupełności do wyjaśnienia istniejących dzisiaj gatunków istot żyjących. Jest to śmiałe i szumne twierdzenie!
Odpowiemy na nie postawieniem dwóch pytań, na które żądamy odpowiedzi:
1. Czy można udowodnić naukowo teorię o pochodzeniu gatunków?
2. Jak można wyjaśnić przebieg rozwoju jedynie i wyłącznie z istoty i działania materii i siły (a więc bez pozaświatowej inteligencji?)
1.
Jakich dowodów może dostarczyć nauka o pochodzeniu gatunków na stwierdzenie słuszności swych poglądów o ogólnym pokrewieństwie wszystkich istot żyjących i ich pochodzeniu od jednej lub kilku form pierwotnych?
Istnieją cztery argumenty: pierwszy zaczerpnięty ze stałego i ciągłego podobieństwa budowy we wszystkich formach żyjących, drugi — z historii rozwoju poszczególnych istot żyjących od pierwszych zawiązków istnienia, trzeci — z geografii zwierzęcej (nauka o rozmieszczeniu geograficznym poszczególnych gatunków zwierząt), czwarty — z paleontologii (przedhistorycznego i prahistorycznego rozwoju istot żyjących).
Pierwszy argument.
W świecie istot żyjących zachodzi stałe podobieństwo wszystkich form. Wszystkie istoty żyjące mają wydłużone osie (pień lub słupek u roślin, tułów u zwierząt), a po bokach przytwierdzone ruchowe narządy (liście, gałęzie, konary u roślin, płetwy, nogi, skrzydła, łapy u zwierząt); to pozwala nam przynajmniej domyślać się wspólnego pochodzenia wszystkich form żyjących. Ale to przypuszczenie potęguje niesłychanie fakt, że rodzaj budowy pewnych narządów u zwierząt wskazuje na to, iż byłby on absolutnie niezrozumiałym, gdyby go tłumaczyć Wolą Stwórcy, który miał stworzyć wszystkie gatunki tak, jak one są — budowa zaś ich staje się od razu zrozumiałą, jeśli te narządy tłumaczyć przez pochodzenie tych zwierząt od wcześniejszych gatunków. Dla tych wcześniejszych gatunków ta osobliwa budowa organów miała jeszcze jakąś wartość, ale dla obecnie istniejących zwierząt te narządy nie mają żadnej wartości;
i można nawet dokładnie zbadać, jak one z biegiem czasu coraz to więcej zanikają.
Tak np. skrzydło pingwina ma budowę skrzydła ptasiego w stosunku do jego szkieletu, jakkolwiek ono służy mu jedynie jako wiosło lub płetwa. Cóż tedy jest prawdopodobniejszym? Czy, że Stwórca obdarzył pingwina bezmyślną i bezcelową budową skrzydeł — czy też, że pingwin pochodzi od dawniejszego gatunku ptaka, który pożywienie dla siebie brał z powietrza, podczas gdy pingwin północy musiał dla pokarmu zanurzać się w morzu i dlatego przystosowane do lotu skrzydła musiały się przekształcić w wiosło lub płetwę?
Kret posiada parę oczu, choć są one w stanie atrofii i pokryte włosem. Czy wszechmądry Stwórca tak go ukształtował, obdarzając narządem widzenia, którego on używać nie może i z racji swego życia pod ziemią nawet nie potrzebuje — czy też ten mały górnik świata zwierzęcego pochodzi od jakiego żyjącego na powierzchni ziemi zwierzęcia, dla którego oko było organem nader pożytecznym i niezbędnym?
Samiczka wielkiego motyla piędzika przedzimka nosi szczątki skrzydeł, którymi ani latać nie może, ani nie próbuje. Czy wszechmocny i wszechmądry Stwórca dał taki niedołężny i bezcelowy przyrząd latania czy — też są to zanikłe skrzydła dawnego domowego motyla?
Nie ulega zatem, jak widać, żadnej wątpliwości, że na pytanie: „stworzenie czy pochodzenie?“ należy odpowiedzieć: „pochodzenie". / Drugi argument.
Historia rozwoju pojedynczej istoty żyjącej przechodzi podczas stopniowego kształcenia i dojrzewania zarodka lub jajka cały szereg form, podobnych do niżej stojących istot. Porównując np. dojrzewający zarodek ryby i żaby — co już Arystoteles spostrzegł —z wylęgającym się kurzym jajem, spostrzegamy u wszystkich trzech godne podziwu zjawisko. W okolicy szyi zarodka występują trzy małe bruzdy, tak zwane skrzele (otwory dychawkowe), które następnie u ryby i kijanki rozwijają się w zupełności, u kurczęcia zaś i w zarodku u ssaków nie dochodzą nigdy stopnia zupełnego rozwoju i wykształcenia. Ponieważ zaś u zwierząt, oddychających płucami, nie można pojąć znaczenia tej właściwości skrzeli dychawkowych w ciągu rozwoju zarodka, to nauka o pochodzeniu gatunków próbuje inaczej to sobie wytłumaczyć. Mianowicie występuje ona z twierdzeniem, że ssaki, ptaki, płazy i ryby pochodzą od protoplastów, obdarzonych skrzelami, to jest od zwierząt, zamieszkujących w wodzie w dawnych, zamierzchłych czasach, i że każde poszczególne stworzenie w czasie rozwoju zarodka przechodzi cały szereg form swych przodków.
Mówią zatem, że „historia zarodka pojedynczej istoty jest powtórzeniem historii całego pokolenia jego przodków."
Trzeci argument.
Rozmieszczenie geograficzne zwierząt na Ziemi zdaje się również przyznawać słuszność teorii pochodzenia.
Poszczególne części ziemi posiadają właściwe sobie gatunki zwierząt, które, choć w ogólnych zarysach, zgadzają się co do budowy szkieletów, w szczegółach wykazują mniej lub więcej wyraźne różnice. Formy zwierzęce w Ameryce Północnej, w Europie Północnej i w Północnej Azji są dzisiaj co do istoty te same. Ameryka Północna i Południowa są pod tym względem dosyć różne, gdyż małpy i kolibry Ameryki Południowej nie mają żadnego odpowiednika w Ameryce Północnej. Australia posiada tylko właściwe gatunki zwierząt — torbacze, które ze wszystkich innych części świata zostały wyparte przez ssaka. Południowe części Afryki, Ameryki i Australii mają wielkich biegusów: Afryka — strusia, Ameryka Południowa — Nandu, Australia — Emu. Afryka i Madagaskar leżą tuż obok siebie, a jednak świat zwierzęcy Madagaskaru jest całkiem odmienny od fauny afrykańskiej.
Czy należy tedy przypuszczać, że dla każdej części świata Bóg stworzył właściwe im tylko odrębne formy zwierzęce, — czy też rzecz wyjaśnia się daleko prościej, gdy się uzna wspólne pochodzenie tych form, których gatunki mogły się łatwiej zatrzeć w częściach Ziemi, będących w ciągłej styczności ze sobą, gdy tymczasem w rozdzielonych z jakiego bądź powodu, np. przez trzęsienie ziemi, częściach świata lepiej się utrzymać mogły?
I w rzeczy samej, historia Ziemi zdaje się podnosić to ostatnie przypuszczenie niemal do pewnika. Ameryka i Azja Północna były do końca prawie epoki tercjowej złączone szerokim mostem lądowym na miejscu dzisiejszego morza Beringa.
Most lądowy między Ameryką Północną i Południową jest stosunkowo nowy. Ameryka Południowa, Afryka i Australia były zawsze rozdzielone, a Madagaskar już od początku epoki tercjowej był oderwany od Afryki. Na pytanie więc: „stworzenie, czy pochodzenie?" znowu zapewne należy odpowiedzieć:
„pochodzenie."
Czwarty argument.
Teoria o pochodzeniu gatunków powołuje się wreszcie na pokłady ziemi i czasy przedhistoryczne, aby z nich zaczerpnąć materiału dowodowego.
Paleontologia już nam wykazała, że w skamieniałych pokładach ziemi istnieje stałe, idące w górę stopniowanie od najprostszych do coraz to bogatszych kształtów. Pozostałości oddychających skrzelami ryb znajdują się w najniższych pokładach Ziemi, dalej w połowie niemal najstarszego okresu Ziemi znajdujemy amfibie, oddychające płucami, na krótko przed rozpoczęciem średniego okresu Ziemi spotykamy gady, a w dalszej fazie okresu środkowego zwierzęta ssące.
Chcąc wytłumaczyć to stopniowanie od niższych form do wyższych, jako pochodzenie wyższych form od niższych, i raz na zawsze to udowodnić, musieliby zwolennicy teorii o pochodzeniu gatunków podać wszystkie formy przejściowe, które wykazują stopniowe przechodzenie z jednego gatunku w drugi, choćby „najmniejszymi krokami podczas największych epok.“ Rzecz to jednak wątpliwa, czy teoria pochodzenia potrafi to twierdzenie udowodnić. Nie można jej czynić z tego powodu żadnego zarzutu; jest to przecież niesłychanie trudne zadanie przekopać wszystkie pokłady Ziemi według skamieniałości, a następnie morze, zalewające prawie trzy czwarte całej powierzchni kuli ziemskiej, ukrywające przed wzrokiem ludzkim wszystkie tajemnice głębin.
Wszelako istnieje kilka pięknych przykładów pochodzenia gatunków z dziedziny paleontologii.
Dzisiejszy nasz koń posiada, jak wiadomo, na kończynach przednich nóg jeden trzystawowy palec, którego najniższy staw opiera się o ziemię i pokryty jest rogowym kopytem. Muszę zwrócić uwagę na to, że znany już nam okres trzeciorzędowy dzieli się na cztery wielkie epoki: eoceniczną, oligoceniczną, mioceniczną i plioceniczną.
W pokładach pliocenicznych, leżących najwyżej, spotykamy konia o trzech palcach, w Miocenie — konia z trzema palcami i szczątkami zanikającego czwartego palca, w górnych pokładach Eocenu konia o czterech, a w niższych o pięciu palcach. Jest to słynny popisowy koń dla teorii pochodzenia gatunków, którego więcej rozsławiono, niż właściwie to było koniecznym, wysuwając go ustawicznie jako dowód, jak z pięciostawowej kończyny przez przystosowanie do zewnętrznych okoliczności mogło powstać jedno tylko kopyto. Pomyśl sobie znowu o skrzydłach pingwina — i znowu cisnąć ci się będzie na usta słowo: „pochodzenie", skoro znowu postawię pytanie: „stworzenie czy pochodzenie?"
Wiesz o tym, kochany przyjacielu, że nie wolno ci się obawiać żadnej teorii; powinieneś zatem poznać cały system i wszystkie jego spojenia u podstaw z pilnością, dorównywającą sprytowi jego autorów, a wtedy zobaczymy, czy ostatecznie należy się obawiać, że w jakimś ukrytym zakątku teorii tkwi niebezpieczeństwo dla twej wiary.
A dlatego powinieneś równie jasno i bez ogródek poznać, jak to miało miejsce z argumentami teorii pochodzenia gatunków, czy mogła się odbyć bez Boga cała historia rozwoju.
2.
Teoria pochodzenia gatunków wyobraża sobie cały przebieg historii rozwoju bez Boga w następujący sposób:
Pogląd pierwszy:
W przyrodzie panuje ogromna i nieubłagana walka o byt — nie zapomnij tego słowa!
Wszystko, co nie posiada siły do życia i zdolności do celowego przystosowania się do przeobrażeń w przyszłości, a także zdolności do współzawodnictwa, ginie. Zdanie to rozpatrywane ze strony odwrotnej głosi, że w walce o byt zachodzi wybór organizacji najlepszych. Tak np. pszczoła robocza z Europy, obdarzona żądłem wyparła w Australii całkowicie pszczołę krajową bez żądła —maleńkie zatrute żądło dało jej przewagę w walce o byt wobec bezbronnej rywalki.
Do tego dołącza się jeszcze coś innego! Mianowicie w tej walce o byt powstały nowe narządy tam, gdzie to się okazało korzystnym. Rośliny na stepach i w pustyni w poszukiwaniu wody głębiej w ziemię zapuszczają swe korzonki, lub tworzą, jak kaktus, grube, mięsiste liście dla zbierania wody, lub też mają, jak dziewanna, bogate owłosienie, chroniące je przed zbyt szybkim parowaniem. U poczwarki Naupliusa, z gatunku skorupiaków przednia para kończyn jest zamieniona w jamę ustną. Istnieją motyle, nacechowane barwą kory drzewnej lub mające całe ciało łudząco podobne do liści.
Tak powstały zapewne z początkowych podniet lub tarcia pierwsze narządy ruchu; od silnego działania światła i podniet dźwiękowych powstały w pewnych miejscach na ciele odpowiednie tkankowe zmiany: pierwsze zaczątki oczu i uszu. Od częstego i coraz to intensywniejszego użycia tych narządów coraz to więcej rozwijały się one i kształciły. Tym sposobem powstały pierwsze różnice gatunkowe.
Pogląd drugi:
Właściwością istot żyjących jest zdolność do najdalej idących przeobrażeń wyrażając się technicznie: są one zmienne. I nie ma nawet potrzeby szeroko rozwodzić się nad tym. Jeden rzut oka na rozmaite rasy koni, od najcięższych roboczych aż do najmniejszych kuców, lub na gatunki psów od najsilniejszych dogów aż do milusieńkich harcików, lub na niezliczoną ilość odmian w królestwie kwiatów, lub na prostą różnicę stopnia, jaka zachodzi między japońskim drzewkiem karłowatym, cedrem libańskim i dębem europejskim — pobieżny choćby rzut oka na te zjawiska dowodzi niemal nieograniczonej odmienności istot żyjących i wskazuje na ich podstawową formę.
Ma tu miejsce przede wszystkim przystosowanie do zewnętrznych warunków bytu, które spowodowało stopniowe przeobrażenie i odmiany formy pierwotnej.
Pewnemu badaczowi przyrody (Semperowi) udało się np. przez zmianę wody z różną zawartością soli przekształcić trzy różne gatunki raków w granicach tylko trzech pokoleń jeden w drugi.
Jeśli polać zwykłą ogrodową rzeżuchę słoną wodą, to otrzymuje ona takie same mięsiste liście, jak rośliny na wybrzeżach morskich. Wydłużoną szyję żyrafy Darwin tłumaczy tym, że w okresie zupełnego braku paszy te tylko zwierzęta głód przetrwały, które mogły wyciągnąć szyję do wyżej położonych gałęzi i liści. Częstokroć zmiana pokarmu pociąga za sobą zmianę barwy: kanarek staje się czerwonym, jeśli go rozmyślnie karmić pieprzem z Kajenny; zielona brazylijska papuga otrzymuje również czerwone upierzenie od mięsa pewnych ryb. Na ogół zmiana barwy na zimę i lato u zwierząt, jako też przystosowanie do kolorów z otoczenia jest faktem znanym (barwa ochronna lub „mimikry“), lew posiada żółto-brunatną barwę piasków pustyni; kuropatwa kolor ziemi, pardwa kolor śniegu, brunatny rak rzeczny, leniejąc na marglistym gruncie w wodzie, przybiera barwę niebieską; konik polny staje się czerwonym na czerwonym gruncie, białym na białym, i zmiana barwy kameleona w zależności od każdorazowego otoczenia jest również rzeczą dostatecznie znaną.
Ale jeśli w jednej części ciała lub narządzie nastąpiła jakaś znaczna zmiana, to w następstwie zachodzą zmiany i przystosowanie w innych też częściach i narządach ciała. Że między poszczególnymi narządami musi zachodzić rzeczywiście wzajemny stosunek („korelacja"), wynika to z faktu, że białe koty z niebieskimi oczami są zawsze głuche. Wskutek tego wzajemnego oddziaływania wydłużonej nodze ptaków błotnych, odpowiada wysoka, z łatwością sięgająca ziemi, szyja, wydłużonej szyi żyrafy — wysokość przednich nóg, silnemu grzbietowi u bawołu — szerokie, mięsiste piersi, większej szybkości u zwierząt do polowania — większa wysmukłość całej budowy ciała; ptaki, zmieniające pokarm mączny na mięso, przechodzą duże zmiany w systemie trawienia.
I gdy w wykładzie pierwszego poglądu widzieliśmy, jak powstały różnice gatunkowe, z drugiego poglądu możemy sobie uprzytomnić, jak się rozwijały coraz to więcej i bogaciej zawiązki różnic gatunkowych.
Pogląd trzeci.
Raz już zdobyte i obecnie istniejące cechy gatunkowe przechodzą dziedzicznie na potomstwo. Tak zwana hodowla ras w świecie zwierzęcym i roślinnym jest tego potwierdzeniem.
Przez umiejętny bowiem dobór jednostek w świecie zwierzęcym i roślinnym dokonuje się rozmnożenie tego rodzaju, że przymioty męskie i żeńskie przechodzą na potomstwo i w nim jeszcze bardziej się potęgują. Znane są przecież dostatecznie olbrzymie szparagi, melony, główki kapusty, gęsi, kury. Słynny angielski koń wyścigowy, „Król Herod" liczył wśród swego potomstwa 497 zwycięzców, a „Eklips“ — 334.
Co zaś osiąga wola ludzka w świecie zwierzęcym i roślinnym przez sztuczny dobór, to wykonuje przyroda przez dobór naturalny.
Mianowicie samice mają sympatię do tych samców, które odznaczają się szczególniejszą siłą i pięknością grzywy, rogów, kłów, wspaniałością barwy, przyjemnym śpiewem lub groźną potęgą głosu. Tym sposobem tedy najpiękniejsze i najsilniejsze jednostki osiągają to, iż swe lepsze przymioty przekazują swemu potomstwu. A przez to istniejące już różnice gatunkowe utrwalają się i potęgują.
Z drugiej strony znikają pewne właściwości, cechy i kształty, jeśli one ze względu na odmienne warunki istnienia stają się bezcelowe. Tak powstają przez długie nieużycie tak zwane skarłowaciałe lub szczątkowe narządy: szczątkowe skrzydło pingwina, skarłowaciałe oko kreta, szczątkowe skrzydła wielu motyli. Innymi słowy:
różnice gatunkowe zaostrzają się; To jest treścią trzeciego poglądu: utrzymanie i spotęgowanie różnic gatunkowych.
Obejmijmy to wszystko jeszcze raz pokrótce.
Teoria o pochodzeniu gatunków próbuje usunąć Stwórcę, nadającego cel i kierunek rozwojowi świata.
Podaje ona natomiast cztery argumenty, aby różne formy i rodzaje istot żyjących wyprowadzić nie z faktu stworzenia, lecz ze wspólnego pochodzenia drogą rozwoju.
Następnie w trzech poglądach wyjaśnia ona, jak ten rozwój miał się odbyć jedynie i wyłącznie siłą czynników czysto naturalnych — bez Boga. W rzeczy samej nigdy nie zachodziła potrzeba, jakby się zdawać mogło, użycia słowa „Bóg.“ Przechodzimy teraz do krytyki systemu.
II. Krytyka systemu.
Musisz się przecież zgodzić, mój przyjacielu, na to, że nie można było bardziej bezstronnie, bez uprzedzenia i bojaźni zachować się wobec jakiegoś systematu, niż to uczyniliśmy w stosunku do teorii o pochodzeniu gatunków. Nie chcąc się nad nią szeroko rozwodzić, mógłbym nie przytaczać wielu faktów. Ale przytoczyłem, byś się przynajmniej dowiedział o najważniejszych i najbardziej rzeczowych z nich, a to pozwala mi przypuszczać, że teoria o pochodzeniu gatunków jest ci obecnie zupełnie zrozumiałą.
Czy przyznasz jej słuszność, to się okaże dopiero po przeczytaniu następujących kilku stronic.
Rozróżniliśmy dokładnie w wykładzie systemu argumenty od poglądów wyjaśniających: to samo teraz uczynimy w krytyce.
Odpowiemy znowu na dwa pytania:
1. Czego dowodzą argumenty teorii o pochodzeniu gatunków?
2. Czy poglądy wyjaśniające wystarczają, aby fakt stworzenia pojmować bez Boga, jako naturalną historię rozwoju?
1.
Czego dowodzą argumenty teorii o pochodzeniu gatunków?
Dowodzą one w rzeczy samej, że b u d o w ę ciała wielu gatunków zwierząt łatwiej i prościej można zrozumieć, gdy się je od poprzednich gatunków wyprowadza. Nie stoi też nic na przeszkodzie, aby przyznać słuszność darwinistycznej geografii zwierząt.
Historia zarodków jednak nie posiada siły dowodowej. Mianowicie dokładne badania mikroskopijne ustaliły, że podobieństwo form zarodkowych różnych gatunków w poszczególnych okresach rozwoju istnieje tylko dla prostego oka, jest zatem tylko pozorne; zewnętrznie zatem zarodki jabłoni i gruszki są do siebie podobne; przy bliższym zaś badaniu okazują się tak różne, jak są różne: jabłoń i gruszka w rozkwicie. A następnie można przystać na to, że w przebiegu rozwoju zarodka rozwinęły się wszystkie cechy tego gatunku, do którego on należy; ale każdy zarodek dopiero od pewnego stopnia dojrzałości ujawnia swą żywotność. Z wylęgłego kurzego jaja, które w okresie rozdwojenia zarodka otwiera się, nie wyjdzie ani ryba, ani kijanka; nigdy się to nie zdarzy. Jest to przecież pewnikiem, że zarodek nie przechodzi w rzeczywistości wszystkich stopni całego szeregu swych przodków, lecz powtarza jedynie główne cechy swego gatunku.
A zatem zdanie, że historia zarodka jest powtórzeniem historii gatunku, nie da się uzasadnić. Paleontologia nie może być również dostatecznie pewną i trwałą podstawą dla teorii o pochodzeniu gatunków; a to dla trzech powodów:
po pierwsze, ponieważ drzewa pierwotne nie mogą być odtworzone ze skamieniałości w szeregu nieprzerwanym, zwłaszcza z formami przejściowymi w poszczególnych gatunkach, po drugie, gatunek wyższy występuje częstokroć równocześnie z niższym, co jest dla systemu wprost uderzeniem maczugi; wreszcie, ponieważ wiele gatunków zaginęło bez śladu, nie rozwinąwszy się w formy wyższe. Co się zaś tyczy znanego z teorii darwinizmu popisowego konia, to zdaje się, że ten numer już wyszedł z mody. Odkryto bowiem, że dawna forma pierwotnego konia już pierwej znikła, nim nowa się ukazała. To znowu zadaje kłam wszelkim przypuszczeniom o faktycznym pochodzeniu.
Ale to są wszystko braki tylko podrzędnego znaczenia, które osłabiają argumenty teorii o pochodzeniu gatunków. Jeśli uzasadniają one bardzo źle to, co by uzasadnić mogły, mianowicie pochodzenie pewnych gatunków zwierząt od form dawniejszych, to nie stwierdzają one wprost nic z tego, co na korzyść teorii pochodzenia stwierdzić powinny.
Co powinny one stwierdzić? Czy nie to, że nie tylko niektóre gatunki zwierząt lecz że wszystkie istoty żyjące pochodzą od jednej lub kilku form pierwotnych?
Zgadzam się na to, że pingwin, kret i motyl, bawół, tur i niedźwiedź, bóbr kanadyjski i europejski i. t. p. pochodzą od wspólnych form. I nic w rzeczywistości nie stoi na przeszkodzie, aby na te drobnostki przystać. Ale ze zwykłego podobieństwa niektórych form wyprowadzać wniosek o rzeczywistym pochodzeniu wszystkich istot żyjących od jednej pierwotnej formy, nie uchodzi. Wtedy należałoby i podobieństwo form krystalicznych tłumaczyć pochodzeniem jednych od drugich.
I zapytuję raz jeszcze, co by powinna udowodnić teoria pochodzenia gatunków?
To, że w s z y s t k i e, ale to wszystkie bez wyjątku, istoty żyjące rozwinęły się z jednej lub kilku pierwotnych form! Czy uczyniła ona choćby jedną tylko w tym kierunku próbę? Czy dostarczyła ona choćby cień dowodu na to, że słonia i kreta, żyrafę i charta, świerszcza i orła-bielika, motyla i białego niedźwiedzia, małpę i łosia i. t. d. i. t. d. można wyprowadzić z jednej lub kilku form pierwotnych? Czy wykazała ona choćby ślad pokrewieństwa między istotami żyjącymi z botaniki i zoologii? Rośliny i zwierzęta bowiem musiałyby według tej teorii być spokrewnione lub co najwyżej formami spokrewnionymi. Łabędź musiałby jakąkolwiek być odmianą pierwotnej rośliny, lew pozostawać w pokrewieństwie z kwiatkiem lotosu, wielbłąd z palmą, jeleń z latoroślą winną, niedźwiedź z astrem — aż chciałoby się parsknąć śmiechem i szczerze zawołać: „Głupcem jest ten, kto coś podobnego może przypuszczać / 2.
I nie lepiej się rzecz ma z owymi poglądami, którymi ta teoria tłumaczy całą ewolucję, nie uznając żadnej pozaświatowej Wszechwiedzy i Wszechmocy, nadającej cel i kierunek wszystkiemu!
W walce o byt to jest zawsze celowym, co posiada zdolność istnienia.
Dobrze, ale skąd w ogóle bierze początek wszystko, co jest celowym? Jak się to stało, że bezmyślny chaotyczny wir atomów zamienił się w pomysłowe formy i kształty? — Żadnej odpowiedzi!
Dalej! W walce o byt miały powstać pierwsze zaczątki narządów —W jaki sposób? Czy głębiny morskie wytworzyły płetwy wielorybów, a chłody stref północnych rodzinę białych niedźwiedzi z jakichś nieznanych pierwotnych form?
Następnie, czy ustawiczne działanie promieni słonecznych nie przyczyniło się na serio do powstania wzroku, do wytworzenia np. u owadów zagłębień ocznych, których żaden szlifierz diamentów naśladować nie potrafi, podczas gdy promienie słońca mogą to zdziałać? — Żadnej odpowiedzi! Dalej! Przez przystosowanie się do odmiennych warunków istnienia z zewnątrz i odpowiednie im wzajemne przystosowanie narządów z wewnątrz miało nastąpić wydoskonalenie narządów coraz to większe, co stało się powodem coraz to większej różnicy cech gatunkowych. Pomijając to, że przykład z szyją żyrafy przypomina pewne ilustracje na tle metamorfozy z pism humorystycznych, chciałoby się jednak otrzymać odpowiedź na pytanie, na co mogły być przydatne zwierzęciu jeszcze nie zupełnie przystosowane narządy ruchowe — zwierzętom wodnym, przekształconym na lądowe, szczątki nóg, zamieniające płetwy — zwierzętom, przystosowującym się do latania, nikłe wyrostki skrzydełek na miejsce przednich nóg? Na nic, zupełnie na nic! Byłyby one zgoła nieprzydatne dla dawnej formy, a dla nowej zbyt niewystarczające; zwierzęta musiały zaginąć.
System jest zmuszony do przyjęcia ewolucji ze skokami, a przez to jest w sprzeczności sam ze sobą.
I jeszcze jedno pytanie! Czy przystosowanie zewnętrzne i wewnętrzne nie jest czymś niesłychanie pomysłowym i, czy można sobie wyobrazić myśl w bycie bez inteligencji, która ją zrodziła i wykonała?
Znowu żadnej odpowiedzi.
Dalej! Teoria pochodzenia gatunków wskazuje na ich zmienność. Zapewne! odmiany są rozmaite, — ale właśnie w zakresie tylko gatunku, do którego należą! Choć istnieje kilkaset odmian goździków i georginii; ale przejścia od róży do tulipana lub od goździka do małej sosny, lub od sosny do dębu lub jabłoni — nikt jeszcze nie zauważył. A tym mniej mogło się odbyć w przyrodzie przejście rośliny w zwierzę.
Tego rodzaju odmiany nie udają się nawet największym wysiłkom sztucznej hodowli i te nieliczne odmiany wewnątrz jednego gatunku, które się jej udają i wykazują poniekąd znaczne różnice, są po większej części niepłodne lub powracają do dawnej formy, skoro tylko samym sobie są zostawione.
Tym mniej mogą się udać ślepej przyrodzie takie przejścia z jednego gatunku w drugi. Dobór naturalny, jak go pojmuje teoria pochodzenia gatunków, przypisująca zwierzętom zmysł wrażliwości na piękno, jest już od dawna przez rozsądnych badaczy uznany za wytwór wyobraźni.
Zdarzało się nawet, że słabsze i często wprost chore jednostki przekazywały dziedzicznie swe złe i wadliwe właściwości potomstwu i tym sposobem osiągano mniej wartościowe rasy, niezdolne do dalszego rozwoju.
Powiedzieliśmy: dziedzicznie! Dziedziczność jest i pozostaje tajemnicą, wobec której badanie stoi wciąż jeszcze bezradnie w milczeniu.
A gdy dopytuję się o rozwiązanie tej wielkiej zagadki, jak jest to możliwe, żeby przymioty cielesne i duchowe rodziców przechodziły na potomstwo, sumienne badanie każe mi się domyślać cudu mądrości i celowości, ale w ostatecznym wyniku nie ma znowu —żadnej odpowiedzi!
III. Wniosek ostateczny.
Co pozostaje przeto właściwie z całego systemu, który tak przenikliwie zdaje się być pomyślanym i jakby z jednego odlewu wykonanym?
Naszym zadaniem jest wyrobić sobie co do tego słuszny i odpowiadający faktom sąd.
1. Cały system w formie, w jakiej go Darwin, Haeckel i Weisman w naukowych, a Carus Sterne i Wilhelm Bolsche w popularno-filozoficznych dziełach podają, nie daje się uzasadnić. Szczególnie twierdzenia Haeckla, noszące piętno już to zwykłego fałszerstwa, już to śmiałych urojeń, muszą być odrzucone, Każdy rozsądny i fachowo wykształcony badacz, zwłaszcza z najnowszego okresu, zajmuje wręcz nieprzychylne stanowisko względem treści i kierunku teorii pochodzenia gatunków w jej darwinistycznej formie. A zasadniczą treścią darwinizmu jest twierdzenie, że nie ma żadnej, tkwiącej w istotach żyjących — czyli nadanej przez wyższą inteligencję — celowości; a to, co się nam celowym wydaje, jest wynikiem jedynie tylko wszechpotęgi zwykłego naturalnego doboru bez udziału pozaświatowej inteligencji. Mocą nieubłaganej walki o byt dobór naturalny został skierowany na określone tory, a zewnętrzne warunki istnienia domagały się kategorycznie albo przystosowania, albo groziły zagładą. Taka jest właściwa treść „darwinizmu.“ Już pokolenie starszych darwinistów, do których zaliczają się Wallace, Askenazy, Mivart, i przez dłuższy czas Romanes, miało na tym głównym punkcie przeciwników, którzy, choć teorię darwinistyczną w całości przyjmowali, jednak n i e mogli się obejść bez celowości wewnętrznej, to jest tkwiącej w istotach żyjących.
Dopiero zdecydowani przeciwnicy darwinizmu zjawili się w osobie Naegeli, von Kölliker, a głównie Karola Ernesta von Baer, który swego czasu wypowiedział nieprzebrzmiałe do tej pory i decydujące słowo o tkwiącej w organizmach „dążności celowej", odrzucając, choć nigdy nie wyrzeczone przez darwinizm, ale nieodłączne od niego, działanie ślepego, niedorzecznego przypadku, o którym można by powiedzieć, że dąży jedynie do chaosu, a mimo to stwarza świat, przynajmniej w pojęciu darwinistów.
Nie od rzeczy będzie podać nazwiska niektórych badaczy, którzy odrzucają dzisiaj teorię pochodzenia gatunków w darwinistycznej formie; są nimi Dennert, Drisch, Eimer, Fleischman, Haake, Kassowitz, Korszyński, Reinke, de Vries, Wasmann, Wolf, którzy przez swe szczegółowe dochodzenia pozbawiali darwinizm najważniejszych jego argumentów. Można spokojnie i z całą pewnością twierdzić, że ci badacze uważają teorię pochodzenia w formie darwinizmu, a używając ostrego wyrażenia, haeckelianizmu, jako zupełnie chybiony systemat.
Innymi słowy oznacza to, że nie można się obejść bez „dążności celowej", tkwiącej wewnątrz świata, która jest pod kierunkiem pozaświatowej inteligencji, jeśli się chce wyjaśnić powstanie tak niezmiernego bogactwa form w świecie istot żyjących. Z tego powodu darwinizm, uważający celowość nie jako wynik czynnej, tkwiącej w organizmie dążności celowej, lecz jedynie jako rezultat czysto biernego przystosowania organizmów, na mocy ślepej walki o byt, do zewnętrznych warunków bytu, należy uznać za system zupełnie chybiony.
To jednak nie usuwa innego poglądu, jaki dzisiejsze nauki przyrodnicze z równie wielkim zapałem, jak i umiejętnością podkreślają, poglądu o ewolucji gatunków z pewnych form pierwotnych, którym jest atoli właściwą pewna wewnętrzna celowość, uzdalniająca je do czynnego i samoistnego, a nie tylko biernego i zewnętrznego przystosowania do zewnętrznych warunków istnienia. Ponieważ te warunki istnienia są nieskończenie różnorodne, przedstawia się możliwość niezmiernie bogatych przekształceń z form pierwotnych. Ze wszystkich argumentów, jakie darwinizm na swoją korzyść przytacza, żaden faktycznie za nim nie przemawia, a wszystkie one stwierdzają rozwój („ewolucję") istniejących dzisiaj gatunków istot żyjących z pewnych form pierwotnych wskutek wewnętrznej dążności celowej.
Na pewnej liczbie roślin i zwierząt jest ta ewolucja niezbicie stwierdzonym faktem — mieliśmy przecież tego przykłady, że te rośliny i zwierzęta nie takimi, jak są obecnie, wyszły z ręki Stwórcy. Darwinizm, zaprzeczając wszelkiej celowości, nie umie wytłumaczyć ich powstania.
Skoro się zaś przyjmie, że gatunki zachowały coś ze swych pierwotnych kształtów, jak rozmaite odmiany czasownika ze wspólnego źródłosłowu, i że one na mocy swej wewnętrznej celowości umiały się dopasować do różnych warunków istnienia, to zagadka jest rozwiązana. Widoki na to, że się kiedyś uda odnaleźć formy pierwotne i ich odmiany w nieprzerwanym szeregu w świecie roślin i zwierząt, są oczywiście bardzo małe, biorąc pod uwagę nie pojedyncze gatunki, lecz ogół istot żyjących.
Ale wiara sama przez się nie ma nic do zarzucenia ewolucji, o ile tylko ta nie zaprzecza celowości, a jest ona w rzeczy samej również niezbędna, jak i oczywista; Dążność celowa wymaga zarazem dla swego wyjaśnienia inteligencji, która ma samoświadomość i samowładzę; która może widzieć cel i do niego dąży; która przeszłość i przyszłość, formy, jakie były i jakie mają być, łączy; która jest wszechwiedzą, ponieważ nigdy się nie myli i wszechmocą, ponieważ nic jej nie stoi na przeszkodzie. I w ten sposób zrozumiany pogląd ewolucji idzie jakby na spotkanie wierze, a z drugiej strony stoi darwinizm ze swym ostrym przeciwieństwem do światopoglądu religijnego. A jest rzeczą oczywistą, że rozwój jest stopniowym wydoskonaleniem istniejących przymiotów; im bogatsze jest wydoskonalenie, tym bogatsze musiały być zasoby przymiotów; im bogatsze przymioty, tym większa jest inteligencja, od której one pochodzą; a im prostsze i uboższe były kształty pierwotne, w których owe przymioty niejako wcielone zostały, tym konieczniejszą staje się rzeczą przyjęcie pozaświatowej, wszechmądrej inteligencji i wszechmocnej siły twórczej. Już dawno przed dzisiejszymi darwinistami i ewolucjonistami spostrzegł to genialnie św. Augustyn, wskazując na to, że, podług opowiadania biblijnego o stworzeniu świata, rośliny i zwierzęta powołał Bóg do bytu nie bezpośrednio sam, lecz rzekł, aby woda i ziemia wydały istoty żyjące.
3. I o ile stanowczo zatem, mój przyjacielu, musimy odrzucić darwinizm, o tyle nie mamy powodu zajmować wrogie stanowisko względem ewolucjonizmu, który nie zaprzecza dążności celowej („teologia“), jaką Bóg nadał rzeczom.
To też kto z uczuciem wiary uznaje sam fakt stworzenia, ten nie może i nie ma potrzeby wyrzekać się planu stworzenia; rozwój bowiem istot żyjących na mocy wewnętrznej celowości z określonych form pierwotnych jest rzeczą godną Boga w najwyższym stopniu. Wiara i wiedza przyrodnicza mogą sobie na tym punkcie zgodnie podać dłonie. Wszelako nie trzeba zapominać, że sama wiedza, występując w obronie uzasadnionego ewolucjonizmu, nie może dać wykończonego światopoglądu.
Po pierwsze, królestwo istot żyjących mimo swej niesłychanej wielkości, jest tylko wycinkiem z całego wszechświata, a światopogląd musi obejmować cały wszechświat!
A następnie powstają znowu dawne pytania; od odpowiedzi na nie wszystko zależy, a nauka takowej właśnie dać nie umie:
Skąd pochodzi najpierwszy początek życia?
— Nauka sama jedna nic o tym nie wie!
Jak należy tłumaczyć powstanie życia z jednej lub wielu form pierwotnych? — Nauka nic o tym nie wie!
Jak należy wyjaśnić powstanie świadomości, ducha i moralności? —Nauka nic o tym nie wie!
A zatem czysto naukowy system ewolucjonizmu bez pożyczki, zaciągniętej u filozofii, nie może stać się światopoglądem.
Ale skoro pogląd nauk przyrodniczych na ewolucję jest złączony z poglądami filozoficznymi o wewnętrznej celowości, nie zachodzi już żadna zasadnicza konieczność dla wiary, aby odrzucała ewolucjonizm.
A teraz proszę cię, kochany przyjacielu, spojrzyj jeszcze raz w górę na błyszczące ponad tobą światy, spojrzyj jeszcze raz na życie w zamierzchłej przeszłości Ziemi, jak się ono wspaniale podnosi z ciemności ku światłu, z chaosu do cudownego porządku królestw i gatunków, jakie cię otaczają — zastanów się jeszcze raz nad całą potęgą i przepychem, jakie oglądaliśmy od pierwszego bezładnego krążenia atomów aż do całej piękności Ziemi w roślinach i zwierzętach, i pozwól sobie przypomnieć na zakończenie słowa Pisma św., które daje miejsce wszelkiemu systemowi, nie odrzucającemu z uprzedzeniem porządku i celowości w dziejach świata! Te słowa są:
„Na początku było Słowo, a Bogiem było Słowo. Wszystko się przez nie stało... i widzieliśmy chwałę Jego!...".