10. Próby zaprzeczenia znaków Bożych we wszechświecie.
II. Panteizm (Monizm).
1.
W człowieku tkwi zawsze dążenie do zdobycia sobie poglądu najbardziej jednolitego na świat i życie; on chciałby z jednej, jednolitej, obejmującej i wyjaśniającej wszystko przyczyny wyprowadzić wszystkie zjawiska świata i życia.
Silniej niż kiedykolwiek ten pociąg do jednolitego wyjaśnienia świata objawia się w umysłowych prądach i usiłowaniach naszego czasu.
Pobudki do tego są liczne; Jest to ogólnie ludzką potrzebą, psychologiczną niemal koniecznością nie zadawalać się zwykłym biegiem zjawisk, lecz szukać w nich stałego punktu oparcia.
Następnie rozwojem kulturalno-historycznym kieruje prawo, że po okresie specjalizacji w naukach następuje okres syntezy tychże.
A wiek XIX-sty stworzył taką rozmaitość dziedzin naukowych, że XX. stulecie zdaje się tęsknić za jednością systemu.
Wreszcie niepodobna zagłuszyć w najbardziej kulturalnym człowieku potrzeby religijnej; a czego potrzeba ta wymaga? Jest to rzecz trudna do powiedzenia w jednym zdaniu, a jeszcze trudniejsza do określenia w jednym słowie. Wymaga ona tego samego, co niegdyś św. Augustyn wyraził w słowach: „Niespokojne jest serce nasze, o Boże, dopóki nie spocznie w Tobie", a nad czym nowsi i najnowsi pisarze rozmyślają, gdy mówią o tęsknocie ku nowym przestworzom, horyzontom i wyżynom, o jakimś wyczuciu i poetycznym pojmowaniu tajników świata, co często stawiają wyżej, niż samą wiedzę. Daje się spostrzec w świecie faktycznie jakiś prąd, jakaś tęsknota za czymś lepszym, niż materia, siła i nadczłowieczeństwo, jakiś prąd, który byłoby można religijnym niemal nazwać, gdyby mu nie brak było zbyt często do tego powagi, — powagi, błyszczącej i lśniącej nie tylko słowem i frazesem, dającej polot swym myślom nie paradoksami jedynie, które nigdy na wyżyny się nie wzbijają.
Ale nie poddajemy się żadnemu złudzeniu i nie oczekujemy, że ta tęsknota szukać będzie swej ojczyzny na łonie Chrystianizmu lub może w Kościele Katolickim. Przeciwnie: dzisiejszy światopogląd ateistyczny kopie między Chrystianizmem i współczesną myślą przepaść, przejście której jest niepodobieństwem. Chrystianizm, powiadają, nie wychodzi poza przeciwieństwo Boga i świata i jest w swej istocie dualistyczny, a duch współczesny pragnie całkiem jednolitego monistycznego światopoglądu i usuwa wszelką antytezę. Chrystianizm ze swym ostrym przeciwieństwem Stwórcy i stworzenia należy usunąć, a na jego miejscu postawić system monizmu (od greckiego monos = jeden, jedyny), który można pokrótce ująć w zdanie: wszystko, co istnieje, tworzy wielką jedność i poza tą jednością nie istnieje nic więcej.
Zatem: nie ma świata czyli stworzenia a ponadto jeszcze Sprawcy czyli Stworzyciela, lecz świat i przyczyna świata stanowią jedno w drugim.
Monizm twierdzi, że tę wewnętrzną przyczynę świata równie dobrze można nazwać „bogiem, jak Chrystianizm nazywa „Bogiem“ swego pozaświatowego Stwórcę. Cały wszechświat jest bogiem, i stąd monizm przechodzi w panteizm.
2.
Powstaje zaraz naturalnie pytanie, jak tedy monizm czyli panteizm uzasadnia swój światopogląd. Monizm wychodzi z założenia, że świat nie jest chaosem, lecz kosmosem, że jego istotną cechą nie jest ślepa gmatwanina i dziki bezład, lecz porządek, ład i harmonia. Ten fakt dowodzi, na co i monizm się zgadza, że istnieje przyczyna wyjaśniająca ten porządek.
I gdy wiara chrześcijańska tę przyczynę odnajduje w pozaświatowej Wszechwiedzy i Mądrości, monizm upatruje wewnątrz świata tkwiącą istotę, z której ład, porządek i harmonię wyprowadza. Monizm usuwa pojęcie pozaświatowego Stwórcy, ponieważ w słowie „stworzenie" widzi rzemieślniczą przyczynę świata, a utrzymuje, że „dusza wszechświata poruszająca go z wewnątrz “, jest większą od Boga–Stwórcy.
Bóg monizmu ma być większym, wznioślejszym od Boga, jakiego głosi wiara chrześcijańska.
Bóg mój, mówi monizm, jest zawsze tak bardzo mi bliski! Z jasnego blasku gwiazd podczas śnieżno-białych zimowych nocy, ze świtającego brzasku wiosennych poranków, z ciepłych szczęścia promieni, jakie ku mnie płyną z ukochanych, oddanych mi oczu — spogląda na mnie wzrok mego boga. Słyszę jego głos, kiedy morze nuci swe pieśni burzy lub igra na falach promieniami słońca, kiedy wichry wyśpiewują swe akordy po lesie lub zmęczone dźwięki roznoszą po stepach. Czuję jego tchnienie, kiedy po liściach jesieni przebiega lekki szmer, jakby oddech wszechboga we śnie, a kiedy krople deszczu spadają cicho z zasępionego nieba, to jakby ukryta tęsknota płakała.
Bóg mój, mówi monizm, jest tak wielki! Nie nuży go chodzenie po tej samotnej drodze, jaką w ciągu niezliczonych wieków odbywa, po drodze świetlanej. Przepych zorzy wieczornej zdobi mu ramiona, a „gwiazdy złote swym migotliwym blaskiem płoną u skroni dostojnej jego głowy o jasnozłotych włosach".
Bóg mój, mówi monizm, jest taki wspaniały i silny! Tysiące lat są jednym uderzeniem pulsu jego życia; jego chód jest spiżowym krokiem historii, który kruszy potężne królestwa w miałki piasek; jego ręka jest olbrzymią pięścią losu, która kolumny ludzkości obala, co się wiecznymi wydawały, która każe toczyć się koronom jakby złotym kółkom, jakimi się dzieci bawią; swój sąd dla świata pisze on czasu wojny krwią ludzką na piaskach poboisk, a swych wyroków pochodniom każę buchać ku niebu z palących się domostw i zagród.
Bóg mój, mówi monizm, jest tak dobry i łagodny! Pozdrawia mnie on łaskawie z modrego kwiatka, o jakim mam staranie, z oczu zwierzęcia, jakie ręka moja pieści.
Nie potrzebuje on odpuszczać grzechów, ponieważ żadne grzechy nie istnieją, ponieważ nie nazywa on grzechem, gdy ziemskie jego dzieci używają życia, chłonąc w siebie piękno i rozkosz, gdziekolwiek się ona znajduje. Nie potrzebuje on kapłanów, ponieważ każdy człowiek jest kapłanem wszechbóstwa, który innym podaje święty kielich dobroci ludzkiej, napełnia go miłością i miłosierdziem i błogosławi znakiem zrozumienia i przebaczenia.
Prawdziwie wszechobecny, mówi monizm, jest mój bóg w wielkiej jedności całego bytu! Nieświadomie drga on w promieniach świata i w życiu rośliny; na wpół świadomie objawia się w ryku jelenia rozbrzmiewającego na skalnych wyżynach; a obudzony do świadomości, cieszy się w radosnym okrzyku pastuszka, którego echo rozlega się szeroko po słonecznej krainie. Ale więcej ponadto jeszcze! On podnosi swą świadomość do wyżyn geniuszu w światłych poglądach wielkich przewodników ludzkości i wreszcie przekracza szranki świadomości i osoby ludzkiej i jest ponadświadomym i nieosobowym bogiem monizmu.
Jest on przecież wszechświatem i dlatego jest on wszystkim zarazem: nieświadomym w kamieniu i roślinie, podświadomym w zwierzęciu, świadomym w człowieku i nadto nadświadomym, ponieważ jest on też jednością obejmującą całość świadomego życia.
Temu bogu pragnie monizm panteistyczny cześć oddawać, ale nie w ponurych, zimnych świątyniach z kamienia. Nie, niebiosa są jego przybytkiem, cała ziemia jego ołtarzem, na którym słońce swe ognie ofiarne zapala; podczas lata las śpiewa mu swą pieśń chóralną, a białe jak świece gałązki palą się dla niego zimową porą w promieniach słońca w jodłowym lesie. Gwiazd wieczne światła świecą w przybytku, który on zamieszkuje. A najwyższa służba boża, jaką go mogę uczcić, polega na tym, że przyczyniam się, o ile mogę, do podniesienia bytu ludzkiego, do pracy kulturalnej, do oświaty, do miłości bliźniego, innymi słowy do tego, by uwolnić boga w człowieku, od przesądów, od dawnej ułudy, grzechu i winy, od samolubstwa i uprzedzeń, a nawet... raduj się świecie, monizm poucza cię o nowym bogu i o nowej pieśni dla niego:
Gloria in excelsis — hominid. A kiedy umieram, mówi monista, to odchodzę do wszechświata, rozpłynę się nieświadomie w wielkim i wiecznym potoku bytu i zniknę jako fala na morzu. Wtedy będę się radował i śpiewał: „potoku, przyjdź, zabierz mnie do siebie".
3.
Cóż na to możemy, mój przyjacielu, odpowiedzieć?
Przede wszystkim to, że panteistyczny monizm jest systematem o czarującym uroku, który, zwłaszcza na młodych idealistów, co swą rzetelną wiarę utracili, może oddziałać z usidlającą mocą.
Ale, mój kochany przyjacielu, nie daj się tym oszukać: monizm panteistyczny jest na wskroś fałszywym systematem; a oprócz tego należy powiedzieć, że jest on niesłychanym bluźnierstwem.
Posiada on czarowny dar — oto wszystko, czego tylko dotknie, zalewa potokiem złocistej poezji, ale w tym potoku poezji tonie prawda.
I oto chcę ci pokazać, że panteizm w rzeczywistości jest tylko jadem w złotym kielichu, kłamstwem w piękności okazałych szat.
Dwie rzeczy utrzymuje monizm, czyli panteizm: jedność i boskość całego bytu. Te dwie myśli, jedność i nieskończona doskonałość bytu powracają ciągle. Tworzą one podstawowe włókna całej monistycznej tkaniny kłamstw, i potrzeba tylko usunąć błyskotliwy połysk słów, aby się przekonać, jak wiotkie i nędzne, i jak łatwe do rozerwania są te dwa podstawowe włókna.
Monizm utrzymuje, że istnieje jedność istotna w świecie. Niech mi jednak kto powie, gdzie w całym świecie można znaleźć tę jedność istoty? Czy każdemu człowiekowi nie mówi własne jego, niepodlegające wątpliwości doświadczenie, że w swej najgłębszej treści jest on różnym od wszystkich innych ludzi? Matka z dzieckiem, przyjaciel z przyjacielem mogą się zgadzać, jak pieśń i jej echo, ale są i pozostaną istotami odrębnymi i nie mogą nigdy stać się jedną istotą. Obnaż zatem całą prawdę z poezji, w jaką ją przystrojono, i powiedz mi, gdzie była jedność istoty w całym bycie, gdzie była jedna i jednolita dusza świata, kiedy jasne, jak słońce, świętość i czystość Chrystusa stanęły wobec podłości i obłudy faryzeuszów?
Wybacz mi pytanie, jakie niemal wzdrygam się postawić, ale rzuca ono jasny snop światła na podstępne dowodzenie monizmu, pytanie, w kim miała się okazać istota świata i jego „boskość“, czy w pełnym majestatu milczeniu Odkupiciela — czy też w komediancie Herodzie, który Chrystusa odział w szatę błazeńską? Gdzie jest monistyczny „wszechbóg", czy w świszczących wśród bitwy kulach, w których on, podług teorii monistycznej, musi przebywać, choć nieświadomie — czy też w szeregach „synów“ wszechbóstwa, których on na oślep uśmierca? Czy jest on w skrytobójcy — czy też w upływającej ze krwi jego ofierze, czy może w obojgu? Czy jest on w rozszalałym orkanie i kłębiących się bałwanach morskich — czy też w nieszczęsnych ofiarach, które od orkanu zginęły lub zatonęły w bałwanach? Czy jest on w sędzim, który wyrok wydaje czy też w zbrodniarzu, którego okuwają w kajdany, lub może w obydwóch? Czy jest on w prawie, które ulega przemocy — czy w nieprawości, która tryumfuje? Czy jest on w gwiazdach, które bez myśli i czucia krążą w przestrzeniach — czy też w radosnych pieśniach na uroczystość Bożego Narodzenia lub gorzkich łzach, na które gwiazdy bezmyślnie spoglądają?
Nie, mój przyjacielu, nie ma żadnej wewnętrznej jedności bytu. Cały świat jest olbrzymią grą przeciwieństw, a zasada harmonii, która te wszystkie przeciwieństwa pokonuje, nie może właśnie dlatego znajdować się w tych przeciwieństwach, lecz musi raczej być ponad tymi przeciwieństwami. Nie ma żadnej wewnętrznej jedności bytu w jednolitej duszy świata, o której zresztą nikt z ludzi nie wie, czym jest i gdzie jest; istnieje atoli pozaświatowa jedność wszystkich przeciwieństw, mianowicie w urządzeniu świata od wieków przez Boga, który przeciwieństwami kieruje, jak genialny artysta dźwiękami i dysonansami, aby z nich wytworzyć harmonię.
I nie na wiele nawet przydałaby się monizmowi (w rzeczywistości nieistniejąca) wewnętrzna jedność bytu we wszechświecie. Ten jednolity byt musiałby pod każdym względem być doskonałym. Czy takim jest świat? Czy suma wszelkiego bytu jest rzeczywiście doskonała? „Czy ten świat", zapytuje Herman Schell, „ten cały świat pełen cierpień i nędzy, brudu i szkarady, podłości i nienawiści śmiertelnej, obłudy i lubieżności należy uważać jako wyraz Bóstwa?" I mówi on dalej, odrzucając wręcz to przypuszczenie: „jeśli tajemnica zagadek świata ma zniknąć, to nie wolno znowu tak pojmować istoty świata, jakim on jest."
Monizm może odpowiedzieć na to zarzutem, że i chrześcijańskie pojęcie Boga nie usuwa wszystkich tych braków i niedoskonałości świata.
Pewno, że nie — ale gdy podstawą świata w świetle monizmu lub panteizmu byłaby istota bezsilna, bezradna, uboga, — do osobowego Boga wiary chrześcijańskiej można zastosować piękne, przytoczone przez Schella, słowa Pisma św.: „Ja zabiję i ja ożywię; zranię i ja zaleczę."
„Bóg“ zaś panteistów — ten może tylko pochłonąć, ale nigdy na nowo ożywić, albowiem „słodka" pociecha panteizmu w nauce nieśmiertelności, iż każdy czyn szlachetny trwa w jakikolwiek sposób w swych skutkach i każdy atom ciała wchodzi w jakiś związek z innymi formami życia i w nie zmartwychwstaje — taka zdawkowa pociecha jest dla każdego rzeczą obojętną.
Estetę niewiele wzruszy święto zmartwychwstania, które on obchodzić będzie w krzaku róży, jaka na jego mogile zakwitnie, a największy realista niewiele będzie robił sobie z tego, że kłosy żytnie, które po wielu latach wyrosną nad jego od dawna zapomnianą mogiłą, będą może pokarm czerpały ze „zmartwychwstałych" atomów jego ciała.
A wreszcie, jaką wartość posiada to piękne pojęcie monistycznego boga. Że bóg monizmu ma być „nieświadomym, podświadomym, na pół świadomym“ to można jeszcze pominąć, jest to rzecz gustu, jakimi słowami zalepić próżnię wadliwych pojęć.
Atoli żeby bóg, bóg monizmu oczywiście, w jednej części swego istnienia, mianowicie w człowieku, miał posiadać świadomość, a w innych częściach, mianowicie w kamieniu, roślinie i zwierzęciu pozostać nieświadomym lub podświadomym w ten sposób, iż koło tej świadomości boskiej ma zawierać jak gdyby jasne i ciemne odcinki i zarazem posiadać jedność, — tego już niepodobna pojąć; to przechodzi wprost wszelkie rozumowanie ludzkie, żeby nie powiedzieć, iż to jest zwykła niedorzeczność!
I jakie to ma mieć znaczenie: bóg jest nieosobowy i pozaświadomy?
Istnieją pojęcia, które można stopniować i przez inne podnosić, ponieważ one liczebnie i jakościowo dopuszczają właśnie takie stopniowanie; można powiedzieć: możny—przemożny;
głośny—zbyt głośny, bogaty—bardzo bogaty. Ale są i pojęcia, które oznaczają coś wewnętrznie zdefiniowanego i dlatego nie nadają się do stopniowania; tak np. niedorzecznością byłoby powiedzieć: okrągły—zbyt okrągły; umarły—pozaumarły. Do takich pojęć należą też pojęcia: osobowy i świadomy. Oba one oznaczają wewnętrzne ograniczenie duchowego bytu, który wszystkie swe przymioty myślowe sam posiada i wszystkimi swymi siłami sam rozporządza. Pojęcie pozaświadomego i nieosobowego życia duchowego (boga monistycznego) jest całkiem taką niedorzecznością, jak pojęcie zbyt okrągłej kuli.
Pojęcie Boga chrześcijańskiego poucza nas, że treść świadomości Boskiej przewyższa nieskończenie zawartość choćby najbogatszego życia duchowego; a że my z duchowego życia ludzkiego możemy przez analogię (podobieństwo) czynić wnioski o życiu Boskim, to nie ulega żadnej wątpliwości. Jeśli duch ludzki posiada świadomość, to musi wprzódy Bóg, jego Sprawca, już ją mieć.
4.
A zatem, jeśli usunąć tylko co wyłożone podstawowe błędy panteizmu, to z całego systematu nie pozostanie nic więcej, prócz poezji panteizmu. A jest ona pianą bez fal i bałwanów.
Tak, ta panteistyczna poezja mogła się łatwiej jeszcze utrzymać w owych czasach dawnego, klasycznego pogaństwa, kiedy dobrzy, prostoduszni ludziska przy rozpalonym ogniu wieczorów pasterskich opowiadali sobie o tajemniczych duchach, przebywających w ciemnych lasach na górach Sabińskich lub niewidzialnie stąpających po otwartym polu; opowiadali sobie o wielkim Panie, którego piszczałkę ten lub ów chciałby posłyszeć wśród sennej ciszy letniego południa; lub o faunach, które miano widzieć, jak umykały w ciemnościach lasu, gdy zmierzch rozpościerał swe szare cienie wokoło drzew.
Ale — to było niegdyś — i te czasy już dawno minęły. Znikły one i z nimi cała wspaniałość panteizmu, ubóstwiającego przyrodę; i na tym tedy kończy się ostatecznie cały monizm! „Wielki Pan“, wszechbóg panteizmu, umarł i żadne burzliwe fanfary szumnej poezji nie przebudzą go już.
Ludzie, wskutek przyrodniczo-naukowego patrzenia na świat, stali się bardzo trzeźwymi, mało idealnymi i chłodno wyrachowanymi. Walkirje nie pędzą już na chmurach-rumakach — chmury są podzielone dzisiaj bardzo systematycznie na różne gatunki — nie strząsają już one rosy nocnej ze swych rozwianych grzyw, — a opary mierzą się dzisiaj naukowo hygrometrem. Leśnych potoków nie zamieszkują już nimfy — nie, tam skrzypią teraz koła wodne i dynamomaszyny; we mgłach, snujących się o świcie i o zmierzchu, nie tańczą już elfy wkoło, a rusałki leśne nie szeleszczą stąpaniem po liściach, a duchy zbłąkane nie szukają już w trzęsawiskach i zaroślach przy migotliwym blasku księżyca swych towarzyszy.
A jeśli szukasz owej wiecznie żyjącej duszy świata, to jej również nie znajdziesz. Nie ma jej w głębi ziemi, ani w przestworzach niebieskich — nie ma jej w ogóle nigdzie. Wszystko, co się o niej mówi, są to wspaniałe może personifikacje poezji monistycznej, ale właśnie to tylko poezja, której celem jest apoteoza świata, a nie jasna, ścisła i zrozumiała dla wszystkich prawda. A nam chodzi nie o poetyczną apoteozę, lecz o filozoficzne wyjaśnienie.
Postaw sobie jeszcze raz przed oczyma podane w drugim ustępie tego rozdziału próbki panteistycznej poezji. Zdejmij z każdego poszczególnego zdania jego poetyczną szatę, a wnet ujrzysz, że to, co w pierwszej chwili wydało ci się szczerym złotem, jest znikomą pianą, w której na chwilę tylko błyszczały pełne poezji światła; a jeśli dobrze im się przypatrzysz, to nie ma w nich ostatecznie nic, prócz słów i wyrazów — całkiem nic, co by cię posunęło choćby na jeden krok dalej w tłumaczeniu świata.
A zatem do całego systemu panteistycznego monizmu można zastosować głębokie słowa Oskara Wilde: „To system tak piękny, jak bogato utkany dywan, ale równie — sztucznie wykonany / Jeśli monizm, pomimo swej wewnętrznej pustki, jest ustawicznie zasilany prawdziwie wartościowymi poglądami filozoficznymi, a zwłaszcza w kołach poetów, artystów i młodocianych idealistów, którzy swą dziecinną wiarę utracili, i liczy wielu zwolenników, tłumaczy się to skłonnością właściwą tym sferom pojmować świat i życie nie tak, jak one są, lecz jak myśl artystyczna lub zapał młodzieńczy je sobie przedstawia, mianowicie poetycznie, a nie filozoficznie.
Choć może jest to wielką prawdą, że poetyczna i genialna synteza często głębsze na świat wypowiedziała poglądy, niż filozoficzna i konkretna analiza! Ale to nie zmienia bynajmniej faktu, że w kwestii zrozumienia i pojmowania świata ostateczne słowo przysługuje filozofii i myślicielom, a nie poezji i poetom.
A teraz postarajmy się wyprowadzić wniosek o panteizmie.
5.
Monizm nie daje faktycznie tego, co obiecuje dać: jednolitego zrozumienia świata. Jedność całego bytu, jaką przyjmuje, faktycznie nie istnieje — a tak zwane tłumaczenie świata, jakie on podaje, jest w rzeczywistości tylko poezją, która wobec wielkich tajemnic świata, musi się rozwiać, jak czar kwiecia pod analizującą ręką badacza; Prawdziwe i rzeczywiście jednolite wytłumaczenie świata może dać jedynie chrześcijańska nauka wiary, ponieważ tylko osobowy, pozaświatowy Bóg może swoją mądrością nieskończoną nakreślić cały plan stworzenia i swą wszechmocą wykonać go.
Monizm usuwa bezwzględnie wewnętrzną i niezmienną różnicę dobra i zła, cnoty i występku, moralności i grzechu. Monistyczny „Bóg" nie potrzebuje zapewne odpuszczać żadnych grzechów, ponieważ sam jest zmazany wszystkimi grzechami i występkami. Jest on przecież wszechświatem, a zatem wszystkim też, co na świecie się dzieje, jest on grzechem i podłością, zarówno jak czynem szlachetnym i podniosłym.
Monizm czyni niemożliwym wszelki religijny stosunek człowieka do „wszechboga / Stosunek religijny między człowiekiem i Bogiem tylko wówczas może mieć miejsce, jeśli Bóg jest osobą duchową, która zna siebie samą (zatem jest świadomą, a nie pozaświadomą), która wszystko wie o człowieku (zatem jest wszechwiedzącą) i może wspomóc go w odpowiedniej chwili i właściwym sposobem (jest zatem wszechmądrą, wszechdobrą i wszechmocną).
To, co panteizm mówi o oddawaniu czci Bogu w wielkim, świętym przybytku przyrody, jest właściwie tylko w stosunku do wierzących chrześcijan prawdą, dla panteistów zaś albo frazesem, albo kłamstwem. Monistyczny bóg nie słyszy przecież, po co tedy zwracać się do niego z prośbą? Jest on bowiem nieświadomym i nic nawet nie wie — jak ma tedy troszczyć się wołaniem duszy ludzkiej w niedoli? Do kogo wzniesie panteista modlitwę w utrapieniu, jeśli godziny zdają się podzielone „na atomy udręki?“ — Nie, jedynie chrześcijanin może się modlić, ponieważ tylko chrześcijanin może Boga czcić nawet w świątyni przyrody! Mówię: „nawet“ w przyrodzie. Nie tam bowiem jedynie przebywa Bóg! Świat, wielki, daleki świat o gwiaździstym sklepieniu, z kolumnami gór i niebiesko-zieloną taflą morza i ziemi, to jest, chciałbym rzec, królewski przybytek Boga. Ale kto chce królowi samemu upaść do nóg z prośbą i błaganiem, ten będzie go raczej szukał we właściwej dla niego sali tronowej, gdzie On we dnie i w nocy, bez zmęczenia przyjmuje swych poddanych, wprost jak oni przychodzą z czerwonymi od płaczu oczyma, bladzi od zgryzot i cierpień, w zakurzonym od wędrówki obuwiu — gdzie namiot jego tronowy jest rozpostarty, tam jest dom Boży, a niewidzialne duchy anielskie świętą w nim straż spełniają.
I jedynie chrześcijanin, a nie monista, może właściwie mówić o podniesieniu bytu ludzkiego. Cała praca kulturalna i cały postęp nie uczynią nigdy, przenigdy z życia ludzkiego istnienia bogów, a z ziemi raju. Aby się o tym przekonać, wystarczy choćby pobieżnie przyjrzeć się życiu w lepiankach, suterenach i na poddaszach, gdzie niskie drzwiczki swym skrzypem opiewają niedolę ludzką, a nie od strony podwojów, bramowanych złotem, przez które niewielu, bardzo niewielu schodzi się na uczty życiowe... ale wolę nie mówić, na jakie uczty, przy których kultura i zwyrodnienie, rozkosz i nuda bardzo często oblewają przyjaźń wzajemną, Kto chce prawdziwie wywyższyć człowieka, ten musi do istnienia ludzkiego wprowadzić zapowiedź wieczności i nieśmiertelności. Kto z życia ludzkiego pragnie uczynić radosną pieśń chwały, ten bez dawnego chrześcijańskiego tekstu do tego nie dojdzie; a właśnie ten, kto rozpoczyna od oddania czci Bogu na wysokościach — dostąpi kiedyś uwielbienia swej ludzkiej natury w wiecznej chwale niebios, „cum sancto Spiritu in gloria Dei Patris.“
Ale takie poglądy są dla monizmu obce, zgoła obce. Nie uznaje on osobowej nieśmiertelności każdej duszy. Podług niego człowiek jest tylko małą falą, którą wszechświat wyrzucił na brzeg istnienia, na pewien czas, na krótki okres życia. Potem przychodzą wielkie fale w postaci śmierci i zagarniają go z powrotem na łono wszechświata.
„Fale, przyjdźcie, zabierzcie mnie do siebie!" — Jak słodko i tęskliwie smutno to brzmi... jakby cichy melodyjny śpiew fal, które spokojnie i powoli przenoszą człowieka przez czarną otchłań śmierci do wiecznej krainy nieświadomości!
A jednak — jaka straszna, okropna ironia w tym tkwi, gdy groźna śmierci fala swymi ciężkimi zimnymi kroplami zrosi kiedyś rzeczywiście pobladłe czoło człowieka, któremu nic innego powiedzieć nie można ponadto, iż on zapadnie się i zginie w nieświadomości, we wszechświecie!
Nie, mój przyjacielu, postaw monistyczny światopogląd na tę wąską i twardą ścieżynkę życia, która się „ostatnią godziną" nazywa, a nie ostoi się, lecz z brzękiem rozpryśnie.
Jeden tylko ze wszystkich światopoglądów trzyma się mocno, i to ten, co cię poucza z pełną wiarą i zaufaniem dziecięcym wymawiać te słowa:
„Boże, Boże mój, przyjdź i zabierz mnie do siebie."